Iza Michalewicz „Zbrodnie prawie doskonałe” – niepublikowane fragmenty!

w dziale Archiwum/To nas grzeje by

28 lutego premierę miała z pewnością najlepsza książka, jaką miłośnicy spraw kryminalnych mogli sobie wymarzyć. Znana reportażystka, Iza Michalewicz, nie tylko odsłoniła w niej arkana pracy najbardziej tajemniczych jednostek policji w Polsce, ale też z niebywałą dokładnością ujawniła szczegóły najgłośniejszych i najbardziej zagadkowych spraw kryminalnych, które były lub są przez nie badane. Mamy niebywałą przyjemność opublikować obszerny fragment książki dot. jednej z nich.

SKÓRA

W pokoju policjantów z Archiwum X na ósmym piętrze małopolskiej Komendy Wojewódzkiej wisi reprodukcja Całunu Turyńskiego i dwie modlitwy: do św. Judy Tadeusza, patrona spraw beznadziejnych, i Światło latarni – modlitwa św. Tomasza z Akwinu.

Bogdan Michalec będzie je sobie często powtarzał, szczególnie tę ostatnią:

„Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić (…). Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydła, abym w lot przechodził do rzeczy”.

– (…) Nie byłoby Archiwum X, gdyby nie sprawa zabójstwa Kasi. Na początku było nas kilka osób, skierowanych właśnie do tego konkretnego zadania: znalezienia odpowiedzi na pytanie, kto w tak bestialski sposób zabił niewinną 23-latkę.

Kraków, styczeń 1999 roku. Pchacz Łoś, nieduży, zużyty już mocno rzeczny statek transportujący kruszywo, zatrzymuje się gwałtownie na Wiśle. Kapitan pchacza otwiera metalową zapadnię i zagląda pod pokład. Coś wpadło w turbinę silnika.

Potworny smród buchnął gwałtownie i opadł. Zaczęli wyciągać po kawałku. W pewnym momencie zauważyli fragment ludzkiego ucha. Z dziurką na kolczyk.

Szok. Telefon. Policja.

Fragmenty zwłok nie leżały w wodzie dłużej niż dwa, trzy tygodnie. Była to skóra, wprawnie zdjęta z ciała młodej kobiety. Sprawca skalpowanie zaczął od szyi, a skończył na podbrzuszu. Skóra wyglądała więc jak typowe damskie body lub kostium kąpielowy. Z jedną tylko różnicą: zabójca wyciął kobiecie sutki, zostawiając w tym miejscu dziury.

Tydzień później, na kracie zatrzymującej nieczystości, w okolicach stopnia wodnego Dąbie, śledczy odnajdą obciętą w kolanie nogę wraz z obręczą miedniczą, fragmenty pośladka i spodni.

Karol Suder, szef Archiwum X, nie będzie miał wątpliwości, że ktoś znał się na rzeczy. Musiał wiedzieć, jak umiejętnie zdjąć skórę. Rzeźnik, a może chirurg?

Thomas Müller z Wiednia, psycholog i analityk kryminalny, uczeń słynnego agenta FBI, Roberta Resslera, obejrzy zdjęcia z sekcji zwłok i potwierdzi przypuszczenia polskich śledczych:
ktoś zabił na tle seksualnym.

– Powiedział, że pierwszy raz spotyka się z czymś takim. – Karol Suder, podobnie jak w przypadku Inkasenta zwrócił się po pomoc do specjalistów z FBI na Europę. – Były przypadki oskórowania w Niemczech, ściągaliśmy nawet tę sprawę, ale to zupełnie co innego. Sprawca bawił się skórą i nie wiedział, co z nią zrobić dalej. A w naszym przypadku takie zdjęcie ludzkiej skóry było jedyne na świecie. Baliśmy się, że to się może powtórzyć. Według teorii, że sprawiało mu to przyjemność,
powinien spróbować jeszcze raz. Moim zdaniem zabójca nam tę skórę zostawił w prezencie: zobaczcie, jaki jestem dobry. Złapcie mnie.

Po latach lokalne krakowskie media napiszą, że profiler z FBI typował „nieszkodliwego dziwaka”.

(…)

W kwietniu 1999 roku policjanci z Archiwum X przeglądają bazę osób zaginionych. Jest wśród nich 23-letnia studentka religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, Katarzyna
Zowada.

– Wysłałem ludzi do jej domu – wspomina Karol Suder. – Mówiłem: nie róbcie nikomu nadziei i starajcie się nie wystraszyć rodziny, ale musicie znaleźć jakieś jej komórki. Ze szczoteczki do zębów, do włosów. Pozbierali stamtąd ślady biologiczne i zawieźli do Zakładu Medycyny Sądowej. Wyodrębniono DNA i okazało się, że to ona.

Kasia zaginęła 12 listopada 1998 roku. Ubrana była w granatową, sztruksową kurtkę z kapturem, czarne spodnie, granatowy golf i czarne, lakierowane trzewiki. Zniknięcie swojej jedynej córki na policję zgłosiła jej matka, Bogusława.

– Mogę powiedzieć, że Kasia była kochaną dziewczyną. Mądrą, inteligentną. Kiedy przyszłam do domu i zobaczyłam, że jej nie ma, to już byłam zaniepokojona – opowiadała matka dziennikarzom TVN-u. – Wieczorem byłam na policji, ale powiedzieli mi, że jest dorosła, i szukają dopiero po iluś tam godzinach.

Bogusława płacze. Ma krótko ostrzyżone, ciemne włosy, okulary o grubych szkłach i ciepły, subtelny głos.

Wynajęła prywatnego detektywa, Grzegorza Bohosiewicza, żeby szukał jej córki.

Po przyjęciu zlecenia przyjechał do niej do domu, żeby zobaczyć, jak mieszka, poznać jej otoczenie. Zauważył, że Kasia była samotnikiem. Niewielu znajomych, raptem dwie koleżanki,
i to jeszcze z lat licealnych. Nie było nawet jak złapać tropu.

Koleżanka pierwsza (do dziennikarza TVN): – Była cichą, spokojną dziewczyną, w ostatnim czasie zaczęła się zamykać. Była apatyczna. Bardzo się zmieniła po śmierci ojca. Bywała czasem w euforii, wydawało się, że wraca do normalności, a potem przychodził kryzys.

Katarzyna była blisko związana z ojcem. Trzy lata wcześniej zabrała go w góry. A ojciec spadł ze skały i złamał kręgosłup. Wkrótce potem zmarł. Kasia obwiniała siebie za tę śmierć i nie umiała się z nią pogodzić. Kilka razy zmieniała kierunki studiów. Psychologia, historia, wreszcie religioznawstwo. Wpadła w depresję. Na studiach wykładowcy zapamiętali ciemno ubraną, dość wysoką (170 cm) i potężną dziewczynę, o urodzie młodej Janis Joplin, jak bezszelestnie siadała w ostatniej ławce.

Koleżanka druga: – Typ dziewczyny, którą się ciągle poznaje, poznaje i nie można powiedzieć, że się ją naprawdę zna. Próbowała się zabić, do tej pory nie wiem, dlaczego, i tego nie rozumiem.

Mówiła, że stanęła na dachu, ale nie skoczyła.

Kobieta, płacząc, zadaje sobie pytanie, czy mogła jej pomóc.

Policjanci z Archiwum X „zaprzyjaźniają się” z Kasią. Idą śladem jej samotności i wyobcowania. Była fanką Grateful Dead, amerykańskiej grupy hippisów, grającej psychodelicznego rocka. Kolekcjonowała ich płyty. Nawiązała kontakty na muzycznej giełdzie w klubie studenckim Pod Przewiązką. Chodziła tam ze szkolną koleżanką w poszukiwaniu nagrań zespołu. Tydzień przed zaginięciem zamówiła kolejne kasety, ale już ich nie odebrała.

Miała też jakąś tajemnicę. Przez ostatnie trzy tygodnie przed śmiercią symulowała wychodzenie na uczelnię. Szła jak co rano i wracała, tak by matka myślała, że jest na studiach. Ale na wykłady nie docierała. Gdzie była? Z kim się spotykała? Zaczęła się odchudzać, i przefarbowała włosy na blond, co profilerzy ocenią później jako chęć podobania się jakiemuś mężczyźnie.

(…)

Suder będzie raczej sceptyczny, ale poprosi o pomoc jasnowidza, Krzysztofa Jackowskiego.

W kwietniu i maju 2003 roku Jackowski spędzi kilkanaście godzin na ósmym piętrze Komendy Wojewódzkiej przy ulicy Mogilskiej.

– Niech pan weźmie do rąk tę zabawkę i spróbuje coś powiedzieć tak, jak pan to potrafi – zwróci się do jasnowidza jeden ze śledczych.

„Chwyciłem za misia, przez chwilę trzymałem go blisko czoła.

– Nie za bardzo mi idzie – powiedziałem po jakimś czasie.

– Jedynie to mogę powiedzieć, że kojarzą mi się kościoły, różne kościoły. Dużo kościołów”** – tak opisywał swoje spotkanie w Archiwum X Krzysztof Jackowski.

(…)

Po odejściu Sudera na emeryturę w 2004 roku z Jackowskim będzie się kontaktował Bogdan Michalec.

– Byliśmy zaciekawieni jego osobowością – przyznaje policjant. – Mieliśmy kontakt bezpośredni przy filmie Eksperyment Jackowski i sprawie Joanny Matjaszek (która do dziś na stronach Komendy Wojewódzkiej w Tarnowie figuruje jako osoba zaginiona). Facet powąchał jej rzeczy i w jednym momencie pokazał osobowość tych sprawców, co do których ja nie miałem wątpliwości, ale mi to zajęło rok.

(…)

– Musi pani wiedzieć – Michalcowi na twarzy pojawia się ni to uśmiech, ni grymas – że policja jest rozliczana z wykrywalności przestępstw, a prokuratura – ze spływu spraw. Niezależnie od sposobu zakończenia sprawy. Czy jest rozwiązana, czy umorzona. I tu następuje świadomy konflikt interesów. Jak z zespołem piłkarskim, w którym sześciu ludziom płacą za strzelanie bramek, a pozostałym sześciu – za wybijanie piłki na aut. Tutaj nie ma jednej pięści. Polska co chwilę płaci kary za przewlekanie postępowań, a miernikiem stał się czas: szybko umorzyć. To wina systemu, że prokuratorzy w Polsce idą tylko tam, gdzie wina jest ewidentna. W innych, bardziej skomplikowanych sprawach, nie będą walczyli. A my operujemy na plamach, i to jest niewygodne.

Psychologiczny profil sprawcy, stworzony na potrzeby śledztwa, w telegraficznym skrócie można scharakteryzować tak: wiek (w chwili popełnienia zbrodni) 22-35 lat, typ lokalny, najprawdopodobniej mieszkaniec Krakowa. Silny i sprawny mężczyzna, o przynajmniej średniej, a nawet podwyższonej inteligencji. Odludek, zaburzony seksualnie. Z doświadczeniem w posługiwaniu się nożem, skalpelem, w oprawianiu zwierząt. Niewykluczone, że odwiedza grób ofiary, istnieje możliwość fizycznego jej podobieństwa do sprawcy.

Trzy tygodnie przed śmiercią, kiedy to Kasia wychodziła „na uczelnię”, ale tam nie docierała, mogą okazać się kluczowe w rozwiązaniu sprawy jej zabójstwa. Jednak nikt nie wie, dokąd i z kim chodziła.

(…)

W lutym 2014 przejmuje je Prokuratura Apelacyjna w Krakowie po tym, jak po podjęciu go dwa lata wcześniej na szczątkach Kasi specjaliści odnaleźli między innymi pozostałości roślin, które nie należą do środowiska wodnego. Laboratorium 3D Uniwersytetu Wrocławskiego odtworzyło też w trójwymiarze przebieg tego zabójstwa. Kasia, ich zdaniem, była przed śmiercią torturowana. Sprawca zadawał jej rany kłute w okolice pachwin, pach i szyi tak, żeby się wykrwawiła. Skóra dziewczyny nosiła też charakterystyczne ślady po ciosach typu karate.

Jacek Bieńkuński, specjalista od wariografu, który z krakowskim Archiwum współpracuje od przeszło 10 lat i wydał ponad 1,3 tysiąca opinii mówi, że zabranie sprawy „Skóry” to strzał między oczy dla Archiwum X.

– Pracowałem przy niej od początku. Przebadałem w sumie kilkanaście osób. Sprawa była prawie na ukończeniu. Wydałem opinię, że pewne środowisko i osoby mogą posiadać ze sprawą związek przestępczy. I rolą prokuratora było udokumentowanie tego w sposób procesowy (dowody!) i napisanie aktu oskarżenia. Krąg zawęził się do jednej osoby, tylko ona została jeszcze do przeanalizowania. Mogła być sprawcą. I w tym momencie Prokuratura Apelacyjna jako organ nadrzędny zadecydowała, że przejmują sprawę.

W październiku 2016 roku, po osiemnastu latach od zabójstwa, nurkowie z Grupy Specjalnej Płetwonurków RP przeszukują dno Wisły na odcinku od uskoku w Dąbiu (gdzie znaleziono nogę ofiary) do Wawelu.

(…)

Przełom następuje na początku października 2017 roku. Cała Polska obserwuje, jak zamaskowani policjanci prowadzą w kajdankach niewysokiego, krępego, mocno zbudowanego mężczyznę. Trąbią o tym wszystkie telewizje, pisze prasa, dyskutuje internet.

Kim jesteś, Robercie J.? – to pytanie zadają sobie niemal wszyscy.

Wiadomo, że od samego początku był w kręgu zainteresowania policjantów. Jego zeznania jako świadka pojawiają się w pierwszych tomach akt śledztwa. Dziś ich liczba urosła już do stu dwudziestu.

Robert J. ma 52 lata. W chwili zdejmowania skóry z Katarzyny i przerabiania jej na kobiece body musiał być w wieku chrystusowym. Media dość szybko ustalają, że swego czasu pracował w prosektorium, gdzie odrabiał wojsko, i krótko w jednym z instytutów Uniwersytetu Jagiellońskiego przy ul. Grodzkiej w Krakowie. Do dziś mieści się tu również instytut religioznawstwa, którego studentką była Katarzyna. Zachodzi więc prawdopodobieństwo, że mógł ją znać przynajmniej z widzenia. Jeden z policjantów znający kulisy śledztwa zdradza dziennikarzom „Gazety Wyborczej”, że go stamtąd zwolnili, bo pozabijał im wszystkie doświadczalne króliki.

– Zawsze się go bałam – powie mi koleżanka, która dość długo mieszkała w pobliżu Roberta na krakowskim Kazimierzu. – Miał jakieś szaleństwo w oczach, a moja siostrę obwąchiwał od góry do dołu, stojąc za nią w kolejce, w sklepie. Miała wtedy 15 lat.

Bardzo rozmowny stanie się ojciec mężczyzny, krakowski poeta i malarz, Józef J. Dzięki temu dowiemy się co nieco na temat nieciekawego dzieciństwa podejrzanego o zabicie studentki.
Wychowywała go ciotka, której rodzice oddali go zaraz po urodzeniu. Ale kiedy miał dwa lata nagle zmarła, więc Robert wylądował u swoich dziadków ze strony ojca.

Dziadkowie, gorliwi katolicy, wyznawali tylko jedną zasadę wychowania: przez bicie. Przemocy doznał już ojciec Roberta, karany w ten sposób za nieposłuszeństwo całe swoje dzieciństwo. „Do bicia zawsze byli skorzy, ale żeby pomyśleć, że trzeba by mi postawić nocnik koło łóżka nie pomyśleli” – wspomina w swojej książce, której tytułu nie podam, by chronić piszącego.

Dziadkowie Roberta stosowali też wobec jego ojca wymyślne kary. Książka roi się od wspomnień ich bezwzględnej pomysłowości. Za to, że się spóźnił, dziadek Roberta rozsypał gwoździe do papy na ziemi. Kazał synowi klęczeć na nich i trzymać nad głową, w wyprostowanych rękach dwunastolitrowy gar pełen wody. W tym czasie siedział obok i trzymał pas na kolanach, na wypadek, gdyby ręce zaczęły mu mdleć, a matka lepiła pierogi. Kiedy chłopiec próbował oprzeć gar na głowie, uderzał go pasem po plecach. Woda się wylewała, lecz chłopiec znów podnosił gar. Gdy wstał gwoździe niemal wrastały mu w kolana.

Józef miał w domu wypisany kodeks kar, czyli za które przewinienie, ile dostaje batów. Któregoś razu liczba zarobionych pasów sięgnęła siedemdziesięciu ośmiu.

Matka poszła do kościoła, ojciec do zakładu (pracował jako zegarmistrz). W tym czasie syn miał przygotować miejsce kaźni: odsunąć stół i krzesła kuchenne. Ojciec najpierw kazał mu się rozebrać. Przywiązał za przeguby rąk do kółek umocowanych w górnej futrynie drzwi, pomiędzy kuchnią a pokojem. Podciągnął na sznurkach tak, że Józef palcami od nóg dotykał podłogi. Dostał siedemdziesiąt osiem uderzeń pasem. Ojciec nie rozwiązując go zażył waleriany, po czym chlusnął na niego zimną wodą. Rozwiązał i wyszedł. Dziecku zostawił wytarcie podłogi i ustawienie mebli. Matka wiedziała o wszystkim, bo przychodziła, kiedy podłoga jeszcze nie wyschła. Ale zamiast stanąć po stronie dziecka codziennie od 5 rano modliła się z pięciu modlitewników, a każdy w innym języku.

Najczęściej powtarzanym przez rodziców Józefa było czwarte przykazanie Dekalogu: Czcij ojca swego i matkę swoją.

Po latach przemoc dziedziczy ich wnuk – Robert.

Chłopiec mieszka z dziadkami 9 lat w Wieliczce, niedaleko plebanii. Dziadkowie mają dom. Salon wygląda jak wnętrze książęcego pałacu: mnóstwo antyków, ściany oblepione starymi obrazami, a wszystko oświetla przesadnie kryształowy żyrandol. Przepych zupełnie nie pasuje do właściwie prostej, robotniczej rodziny. Ale J. odkupili od potomkini hrabiów Miączyńskich dosyć zniszczone meble w stylu Ludwika XVI. Kilka lat później je odrestaurują. Zostaną pokryte dwudziestoczterokaratowym złotem, według wszelkich prawideł renowacji. Babka Roberta sprowadzi ekipę, która w Krakowie odnawia ołtarze. Po 1956 roku dziadkowie odkupią też secesyjną sypialnię w kolorze kości słoniowej i piękną, pokrytą rzeźbami, olbrzymią
jadalnię z okresu międzywojnia.

„Dziadek bije go czasami, kopie, łapie za nos” – pisze 13 października o dzieciństwie Roberta spędzanym w Wieliczce „Gazeta Wyborcza”. Dziadkowie „zawsze z modlitewnikiem w ręce, z wnukiem dzień w dzień odmawiają różaniec i prowadzą go do kościoła. Na mszach dziadek wykręca Robertowi palce tak mocno, że chłopak przewraca się pod ławkę z bólu”.

(…)

Do rodziców Robert wróci w wieku jedenastu lat i pójdzie do szkoły na Kazimierzu. Tam będą czekały na niego kolejne upokorzenia. Tym razem sprawcami przemocy staną się rówieśnicy.
Bicie, wyzywanie, poniżanie, odrzucenie. Dzieciak, żeby przetrwać, chowa się w szkolnych szafach. Józef doda jeszcze, że w domu niczego nie brakowało, a na nim przecież surowe wychowanie się nie odbiło. „Może to jakieś pomylone geny? Nie wiem” – zanotują jego rozważania dziennikarze.

Najbardziej szczątkowe i lakoniczne są informacje na temat matki Roberta. Jedyne przymiotniki, jakie pojawiają się w mediach na jej określenie to „apodyktyczna” i „religijna”. W kłótniach z mężem zawsze stawała po stronie syna, choć nie wychowywała go od małego. Wiadomo też, że małżeństwo J. się rozwiodło (ojciec zostawił rodzinę dla innej kobiety), a Robert pozostał z matką w kamienicy na Kazimierzu (która, co ma znaczenie dla sprawy, znajduje się w pobliżu Bulwarów Wiślanych). Przez jakiś czas kobieta będzie pracowała w Kanadzie, i zabierze do siebie syna. Nim to jednak nastąpi chłopak, wówczas lat 26, wyląduje u psychiatry mówiąc mu, że słyszy głosy. Ojciec powie dziennikarzom, że może to w reakcji na jej wyjazd. W końcu byli do siebie bardzo przywiązani. Czy syn, raz już porzucony, poczuł się ponownie odepchnięty? W każdym razie lekarz miał stwierdzić u niego chorobę psychiczną, której towarzyszyły stany paranoidalne. Z tego tytułu przysługiwała mu renta. To ona będzie stanowiła jedno z dwóch jego źródeł utrzymania. Drugie to emerytura matki. Robert wróci do Polski wiosną 1998 roku.

Jako nastolatek Robert bywał agresywny i nieobliczalny, a jego emocje najczęściej studził jeden z nauczycieli, do którego dotarli dziennikarze Wyborczej. Anonimowo (w sprawie ma status świadka) opowiedział, że Robert nie uczył się, a pobudzony wpadał w słowotok i nadużywał przekleństw. Kiedy został w końcu wyrzucony z jednej ze szkół zawodowych, uznał, że to z winy nauczycielki matematyki. Potrafił przyjść pod pokój nauczycielski, kopać w drzwi i wyzywać ją.

Nauczyciel, któremu Robert zaufał (przynosił pamiętniki i napisaną przez siebie książkę – dziś w posiadaniu prokuratury) umiał go słuchać, dzięki czemu chłopak rozładowywał swoją agresję. Policjanci przesłuchiwali go dwa razy: po raz pierwszy po odkryciu zwłok studentki, a ponownie w 2012 roku, kiedy sprawa została podjęta na nowo. (…)

W zapiskach Roberta, przechwyconych przez prokuraturę, przewijały się nazwiska i adresy wielu kobiet. Do jednej z nich dotarli dziennikarze „Superwizjera” TVN. Powie dziennikarzom:

– (…) zawsze w okolicach Wszystkich Świętych po prostu dostawał czegoś takiego, taki się dziwny robił… [Kasia zaginęła dziesięć dni po Zaduszkach – I.M.]. Wtedy przychodził do mnie, przynosił mi jakieś książeczki, modlitwy. Ja mówiłam: panie Robercie, pan to chyba świętym będzie. A on: żeby pani wiedziała, co ja zrobiłem, to nawet gdybym całe życie to nosił, to nic nie pomoże.

Robert (jak twierdziła rozmówczyni) przynosił jej również listy, które miały pisać do niego poznawane kobiety. – Zaczęłam czytać i tam był opis… nie umiem tego teraz powtórzyć, ale to było straszne. Właśnie o tym skórowaniu, pieprzeniu, soleniu…. Że jak on by zdejmował tę skórę…

Jej zdaniem, Robert jest niesamowicie inteligentny: „To jakby jego zabawa, że cały świat jest głupi, a ja was wszystkich przechytrzę”.

(…)

W czasie, gdy zaginęła Kasia, a matka była w Kanadzie i mieszkał sam, Robert (…) zrobił w domu gruntowny remont. Skuł wszystkie kafelki w łazience i położył nowe. Odświeżał mieszkanie czy zacierał ślady?

Technicy kryminalistyczni zaczną szukać odpowiedzi na to pytanie chwilę po jego zatrzymaniu, wchodząc do mieszkania i skuwając wszystko, co da się obedrzeć z warstwy ozdobnej.

Tymczasem media polują na kolejnych ludzi, którzy mogliby im w jakikolwiek sposób wyjaśnić fenomen mężczyzny. Dawid Serafin, dziennikarz Onetu pisze, że z rozmów, jakie przeprowadził, wyłania się obraz niespełnionego naukowca. Jest inteligentny, bystry i sprytny:

„Nie daje się zamknąć w żadnych znanych ramach” – to jeden z rozmówców dziennikarza. „Lubił chodzić do kina, choć nie miał za dużo pieniędzy, więc często tam nie bywał. Najchętniej chodził do dawnego kina Uciecha lub kina Pasaż. Zabijał zwierzęta i patroszył ryby. Miał duże wymagania co do kobiet: miały nosić francuską bieliznę, być wykształcone i posłuszne”.

Pytania, kim właściwie jest i dlaczego zabił w taki właśnie sposób, padają nie tylko w mediach, ale i w niejednym polskim domu. I choć Robert twierdzi, że nigdy nie poznał Kasi, świadkowie zaobserwowali w nim dość nagłą zmianę po zaginięciu studentki. Od grudnia 1998 roku Robert zaczyna intensywnie odwiedzać kościół Bonifratrów przy Krakowskiej na Kazimierzu. Widuje go wiele osób, bo zwraca na siebie uwagę. Modli się żarliwie, a do tego bardzo głośno. I ma w kościele swoje stałe miejsce (…).

Policjanci, którzy przyglądają mu się już od lat, odkrywają, że po tym, jak do mediów przecieka informacja o udziale w śledztwie jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, Robert kilka razy odwiedza grób dziewczyny na cmentarzu na Batowicach, w dzielnicy Prądnik.

– To, co Krzysztof Jackowski widział w swoich wizjach, to jedno. Ale chodziło też o sprawdzenie, jak J. zachowa się, kiedy w mediach pojawi się informacja, że policja szuka nie tylko w świecie materialnym. To był chyba strzał w dziesiątkę, bo Robert od tego momentu oddał się Bogu, jakby w nim widział jakiś ratunek – twierdził jeden z rozmówców Radia Kraków.

Robert miał wyspowiadać się jednemu z zakonników kościoła Bonifratrów. Być może wyjawił mu swoją tajemnicę. Naruszenie tajemnicy spowiedzi dla zakonnika, gdyby nawet chciał pomóc policji, równa się ekskomunice. Dlatego zakonnik zmarł zabierając sekret tej spowiedzi do grobu.

A może nie? Może list od „tajemniczego przyjaciela”, o którym donosiły media, to w rzeczywistości list od zakonnika?

Może poprosił, by szczelnie zaklejoną kopertę wystać na Mogilską do Archiwum X po jego śmierci? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy.

(…)

Znajomy przysyła mi zdjęcie ze strony Gościa Niedzielnego, ilustrujące artykuł o ustanowieniu sanktuarium diecezjalnego w kościele Benedyktynów. Na zdjęciu Robert J., podejrzany o zamordowanie krakowskiej studentki, trzyma zapaloną gromnicę. Ubrał czarne dżinsy, białą koszulę i elegancką, czarną marynarkę. Wygląda z klasą.

Naprzeciwko niego, przed ołtarzem, stoi arcybiskup Stanisław Dziwisz. Patrzę na to zdjęcie i powoli włosy na głowie zaczynają mi się podnosić do góry. Bo przypominam sobie wspomnienia ojca Roberta, jego dziadków i słowa jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, który przed laty dostał od „archiwistów” do powąchania maskotkę zamordowanej Kasi: „Kojarzą mi się kościoły, różne kościoły. Dużo kościołów”.

– Ustanowienie sanktuarium połączone było z mszą odpustową. Wiesz, co to oznacza? – objaśnia mi spokojnie znajomy, a studiował religioznawstwo. – Że Robert święcie wierzy, że skoro się wyspowiadał, odbył pokutę i przyjął komunię, to nie ciąży już na nim grzech śmiertelny. Innymi słowy: można zakładać, że on wierzy, że pójdzie do nieba i nie poniesie kary w zaświatach za to, co zrobił z Kasią Zowadą.

Tekst jest fragmentem książki „Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne archiwum X” Izy Michalewicz.

Kup na Woblinku
wróć na górę