„Ćma” – groza w Górach Sowich

w dziale Archiwum/Recenzje by

Przystępując do pisania tej recenzji, miałem mieszane uczucie. Mieszane, ponieważ z jednej strony „Ćma” jest wśród polskiego horroru/weird fiction pozycją wybitną, z drugiej strony jestem przekonany, że nie każdemu się spodoba i nieuczciwością byłoby kreowanie odmiennego wrażenia.

Jakub Bielawski w swojej powieści opowiada o relacji tworzącej się między dwiema nastolatkami oraz o odwiecznym, przerażającym wrogu czającym się w nieprzychylnym ludziom górskim lesie. Jedna z bohaterek to atrakcyjna, przykładna, choć trochę buntownicza, uczennica o imieniu Nina. Dziewczyna wychowuje się w dostatnim, ale dysfunkcyjnym domu i choć dobrze funkcjonuje w społeczeństwie, stwarza wrażenie osoby zaburzonej. Druga bohaterka to szkolny wyrzutek, wulgarna, aspołeczna, uzdolniona artystycznie Kaja. Wychowywana przez babcie w biednym domu, porzucona przez rodziców, którzy za pracą musieli wyjechać za granicę. Akcja rozgrywa się w dwóch prowincjonalnych miejscowościach (wymyślonych przez autora) ulokowanych u podnóża złowrogich Gór Sowich. Gór, wśród których czai się pradawne zło.

Współczesne dobre kryminały i horrory mają pewne soczyste elementy powieści obyczajowej. „Ćma” Jakuba Bielawskiego nie tylko je ma, ale są one w sumie w znacznym stopniu jej sednem. Autor bardzo realistycznie opisuje polską, dolnośląską prowincję (i trafnie w mojej skromnej ocenie) świat widziani oczami zbuntowanych nastolatków ją zamieszkujących. Szczególną uwagę zwraca na siejącą rozkład entropię, która czyni z tych małych, pozornie bezpiecznych, uśpionych miasteczek gnijące twory zagrażające zdrowiu własnych mieszkańców.

Choć nie zostało to nigdzie wyraźnie określone, z opisów dość jasno wynika, że akcja powieści dzieje się w pierwszej dekadzie XXI wieku.

Nie będę ukrywać, że łatwo było mi utożsamić się z głównymi bohaterkami. Sam pochodzę z niewielkiego miasteczka (choć pomorskiego) i jestem wdzięczny Jakubowi Bielawskiemu za tak wierne sportretowanie atmosfery lat naszej młodości: czasów z komórkami o tak śmiesznej pamięci wewnętrznej, że trzeba było kasować SMS-y, by mogły przyjść nowe, okresu gdy oglądanie „Przyjaciół” nie żenowało za bardzo, a zamiast Messengera wszyscy używali Gadu-Gadu. Młodości spędzonej w mieście tak małym, że każdy koncert jakiegokolwiek rockowego lub metalowego zespołu był wydarzeniem, na które czekało się tygodniami, a wspominało miesiącami. Gdzie tak bardzo nie było innych atrakcji, że naturalną rozrywką były regularne alkoholowe libacje przyprawione innymi używkami. Młodości spędzonej w regionie, którego prawdziwym skarbem nie było to, co oferowała aglomeracja miejska, ale wszechobecna natura. Młodości ze słuchawkami w uszach, z których sączyło się ciężkie brzmienie.

Mimo mojego zachwytu nad tymi elementami powieści, muszę dodać łyżkę dziegciu. Nie będę mówić o wadach, ale czymś, co może utrudnić autorowi komfortowe rozgoszczenie się na polskim rynku książki.

Po pierwsze, styl, którym autor opisuje rzeczywistość jest bardzo poetycki, pełen metafor… a przez to bywa ciężki. Do tego opisy każdego wydarzenia są nader szczegółowe, autor portretuje w nich czasami każdą sekundę (a wiele z nich nie wydaje się niezbędna dla zaprezentowania fabuły utworu). Mało w nich akcji, zaś w całej powieści jest w ogóle bardzo mało dialogów nadających tekstowi lekkości. Obawiam się, że dla wielu czytelników będzie on zbyt trudny, by przebrnąć przez utwór.

Po drugie, wydawnictwo Vesper kojarzone jest głównie z grozą, która rzeczywiście jest obecna w powieści, która rzeczywiście jest jej nader ważnym elementem, ale znajduje się jej w niej stosunkowo niewiele. Na 450 stron tekstu, ok. 50 z nich buduje bezpośrednio atmosferę niepokoju i przerażenia. Ponadto sto pierwszych stron to powieść obyczajowa niemalże pozbawiona wartkiej akcji, a kolejne sto w nieznacznym stopniu dotyka tematyki nadnaturalnego horroru. Dzieją się co prawda na nich rzeczy co najmniej niepokojącego, ale nie na tyle, by ożywić fabułę. To może sprawić, że zbyt wielu czytelników odłoży książkę zanim przeczyta setną lub dwusetną stronę.

Okładka książki "Ćma" autorstwa Jakuba Bielawskiego
Kup w promocji na Woblink.com

A jednak, nawet jeśli jest się czytelnikiem, któremu przeszkadzają wyżej wymienione elementy, warto powieść doczytać do końca. Finał jest tego warty. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie zaskoczył (bynajmniej), ale właśnie jego nieuchronność powoli sączona na paru setkach poprzedzających stron nadaje mu odpowiedniego ciężaru.

„Ćma” nie jest powieścią, która przeraża. Ona druzgocze. Na tyle dobrze, że zaraz po zakończeniu pisania tej recenzji planuję zakupić ebooka z opowiadaniami jej autora. Będę z uwagą śledził jego karierę. Mam wrażenie, że jego styl dopiero się kształtuje, dzięki czemu sponiewiera nas sprawniej w konkretnych utworach, tworząc powieści bardziej strawne dla większego grona czytelników, ale nie tracąc przy tym nic ze swojego geniuszu.

Przed przeczytaniem ostatnich kilkudziesięciu stron poszedłem w bezgwiezdną noc na spacer do lasu. Po powrocie, leżąc na hamaku doczytałem opowieść o tym, czego dokonał Łowca. Było to nader wyborne doświadczenie.

Mikołaj Kołyszko