Książka czy film? – W łóżku z „Bridget Jones”

w dziale Archiwum/Co warto czytać?/Książka czy film by

Kiedy po raz pierwszy spotkałam Bridget Jones, miałam nie więcej niż 12 lat. Był rok 2000 i wówczas ukazało się polskie wydanie tego bestsellerowego tytułu, który podbił serca kobiet (i niektórych mężczyzn) na całym świecie. Niedługo później do kin trafiła ekranizacja pierwszej części cyklu z Renee Zellweger w roli głównej. Jak wypadła w konfrontacji z książkowym oryginałem? Czy po 20 latach od światowej premiery Bridget nie straciła swojego uroku?

Przygody niezdarnej i niezaradnej 30-latki w krwiożerczym świecie londyńskich randek do dziś śmieszą do rozpuku, chociaż sama śmieję się z nich inaczej niż 16 lat temu. Jako nastolatka nie sądziłam, że kiedykolwiek będę w stanie utożsamiać się z przeżyciami tej neurotycznej gapy i zakładałam, że nigdy nie spotka mnie nic,co przytrafia się Bridget. Rzeczywistość jak zawsze zweryfikowała moje ambicje: chociaż wiem, gdzie leżą Niemcy, jestem asertywna i nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałam kaca, to w końcu doskonale rozumiem, co czuła bohaterka książki, przerażona perspektywą kolejnych nieudanych związków i piekła pechowych randek. Helen Fielding dwie dekady temu trafnie sportretowała środowisko i stan ducha 30-letnich singli i chociaż obraz ten jest przerysowany i momentami nawet groteskowy, zawiera wiele celnych spostrzeżeń.

Po latach chętnie wracam zarówno do książki, jak i do filmu. Ten duet nigdy się nie nudzi – chociaż współczesne komedie romantyczne starają się bawić w równie bezpretensjonalny sposób, to sztuka ta udaje się niezwykle rzadko. Bridget i jej przyjaciółki nie są długonogimi pięknościami, nie noszą ubrań topowych projektantów, a ich romanse nie mają nic wspólnego z opowieściami o królewiczu na białym koniu. Więcej tu rozczarowań, zawiedzionych nadziei, desperacji i momentami zabójczo namacalnej samotności – bohaterowie Fielding żyją w oczekiwaniu na miłość, taką codzienną i zwykłą: wspólne poranki i wieczory, spędzane razem weekendy, uwaga i zainteresowanie drugiego człowieka, plany na przyszłość, poczucie bezpieczeństwa, drobne gesty. Niestety wszystkie te tęsknoty, podsycane przez lęk przed utratą i kolejny zawód, prowadzą najczęściej do bolesnych upadków.

Zawodom miłosnym towarzyszą też te zawodowe – praca w wydawnictwie nie dostarcza Bridget ani satysfakcji, ani spektakularnych dochodów, i tak po prawdzie to trudno zgadnąć, co w takim miejscu robi dziewczyna, której jedyną lekturę stanowią poradniki randkowania. Zmiana nie przynosi jednak znaczącej poprawy – nowy szef i nowe stanowisko to kolejne upokorzenia, których bohaterka doświadcza (nie bójmy się tego powiedzieć) w dużej mierze z powodu własnej niekompetencji. Brzmi znajomo? 30-letnia Bridget wciąż nie do końca wie, kim chciałaby być, kiedy dorośnie – ma dużo marzeń, ale znacznie mniej ambicji, bezustannie przegrywa sama ze sobą, nie potrafi przejąć kontroli nad swoim życiem. Jej fani dobrze znają to uczucie. Chociaż wyśmiewanie nieudolności bohaterki przynosi swego rodzaju złośliwą przyjemność, to śmiało można założyć, że poczucie życiowego zagubienia nie jest obce całej generacji. Na Bridget z jednej strony presję wywierają matka i ciotki, oczekujące od niej sukcesu rozumianego jako zamążpójście i macierzyństwo, z drugiej zaś są ludzie młodsi od niej – zarówno atrakcyjne dwudziestoparolatki odbijające jej chłopaka, jak i przebojowi, wyluzowani współpracownicy.

Fielding zgrabnie punktuje różnice klasowe, które jej bohaterka odczuwa na co dzień – między nią a światem prawników ze środowiska Marka rozpościera się przepaść. Film nie wykorzystuje niestety potencjału tego tła, nie wydobywa z głównego wątku romantycznego jego społecznego kontekstu: Mark Darcy w pewnym sensie jest w świecie Bridget księciem, pozostaje jednak tak samo samotny i nieszczęśliwy jak ona. O ile dla bohaterki celem jest znalezienie wartościowego, kochającego mężczyzny, o tyle on sam (poza uczuciem) widzi w tym związku wybawienie od wiążących go norm środowiskowych, wymogu obracania się w odpowiednich kręgach towarzyskich.

Zaletą ekranizacji pierwszej części serii jest względna wierność oryginałowi – rezygnację z postaci Jamie’ego (brata Bridget), zredukowanie do minimum historii Magdy, brak Pretensjonalnego Jerome’a czy wycięcie intrygi związanej z Julio da się zaakceptować bez większego żalu. Sharon Maguire pogratulować można także udanego castingu i idealnego doboru muzyki – o ile wybór Colina Firtha na Marka był oczywisty (Fielding, tworząc tę postać, inspirowała się panem Darcym – postacią z książki „Duma i uprzedzenie” Jane Austen, w którą w telewizyjnej adaptacji BBC wcielił się właśnie Firth), to Hugh Grant w roli uwodzicielskiego i patologicznie niewiernego Daniela Cleavera jest wyborem o tyle zabawnym, że w książce pojawia się żart na temat aktora, którego jego ówczesna partnerka, Elizabeth Hurley, przyłapała na zdradzie z prostytutką. Razem z Zellweger to trio radzi sobie świetnie, nie gorzej wypadają też matka głównej bohaterki Pam oraz sloaneyowska Perpetua.

Ukrytych żartów castingowych jest tu więcej: kiedy poznajemy Jude, płacze ona w łazience z powodu Podłego Richarda – fani „Harry’ego Pottera” prawdopodobnie rozpoznają w niej Shirley Henderson, czyli… Jęczącą Martę zamieszkującą szkolną toaletę Hogwartu. Widzom z pewnością zapadły też w pamięć najlepsze sceny, jak ta z uliczną walką Daniela i Marka – warto wiedzieć, że ta komiczna bójka była w dużej mierze improwizowana – Grant i Firth nieporadnie wymachujący kończynami nie tyle grają, co prezentują autentycznego ducha walki współczesnych angielskich dżentelmentów, którzy z prawdziwym mordobiciem nie mieli raczej zbyt wiele wspólnego. Wyczucie i swoboda, z jakimi Maguire podeszła do „Dziennika Bridget Jones”, nie są przypadkowe – prywatnie reżyserka jest bliską przyjaciółką Helen Fielding. Zainspirowała pisarkę do stworzenia postaci Shazzy (w przekładzie polskim: Shazzer), a znajomość tejże z Bridget miała być odbiciem relacji dwóch pań w rzeczywistym świecie. Czy można było wymarzyć sobie lepszą gwarancję sukcesu?

Koniec końców tym, czego w filmie brakuje najbardziej, jest czas ekranowy poświęcony bohaterom – historia Bridget aż prosi się o serial i pozostaje żałować, że nikt dotychczas nie porwał się na ten plan. Seans sprawia niewątpliwą przyjemność i wywołuje salwy śmiechu, jednak w konfrontacji z literackim pierwowzorem wypada trochę jak przystawka do głównego dania lub przeciwnie – jak deser: filmowa bohaterka uzupełnia książkową, daje jej twarz, głos, ciało i temperament, nie jest jednak w stanie oddać wszystkich jej stanów ducha i szalonych rozważań. Chociaż więc już na zawsze Bridget będzie miała dla mnie uśmiech Renee, to jej ekranowe przygody pozostawiają pewien niedosyt. Książka, od równo 20 lat budząca emocje wśród czytelników, pozostaje natomiast pozycją kultową – roztrzepana Brytyjka na dobre podbiła serca publiczności, przekonująco dowodząc, że można być kochaną taką, jaką się naprawdę jest.

Magdalena „Tattwa” Stępień

Magdalena Stępień – Tattwa […] to przykład osoby, która nie narzuca się odbiorcom. Nie stara się zrobić z czytelnika debila, nie zadziera nosa, nie sprawia, że czujesz się gorszy, lub że czujesz, że jej się wydaje, że jest lepsza. To autorka, która obojętnie czy poleca film, książkę, krem do twarzy, czy opisuje trochę własnych przemyśleń, historii z życia – nie marnuje Twojego czasu. Jej teksty są literackie, do czytania jednym tchem. Pozwalają się zrelaksować, uśmiechnąć, zamyślić… są jak dobra książka, jak dobry felieton.

źrodło: czytajniepytaj.pl

Magdalena Stępień jest autorką popularnego bloga kulturalnego Tattwa.pl

  • Ciekawe spojrzenie na swiat Bridget 🙂

    • Dzięki! Niedługo ukażą się moje teksty na temat kolejnych części serii 🙂

wróć na górę