„Komeda. Osobiste życie jazzu” – fragment

w dziale Bez kategorii by

9 maja ukaże się najnowsza książka Magdaleny Grzebałkowskiej – „Komeda. Osobiste życie jazzu”. Autorka bestsellerowych książek: „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego”, „Beksińscy. Portret podwójny” oraz „1945. Wojna i pokój” tym razem przedstawia historię jednego z najważniejszych polskich muzyków XX wieku. Książka będzie dostępna przedpremierowo, w formatach mobi i epub od poniedziałku na Woblink.com. Zapraszamy do przeczytania fragmentu biografii.

PIERWSZY FESTIWAL ZESPOŁÓW SWETERKOWYCH

Dzień trzeci

W środę ósmego sierpnia 1956 roku, około godziny dwudziestej, na zbitą z desek i częściowo przykrytą dywanem scenę wchodzi sześciu młodych mężczyzn w czarnych ubraniach.

Lekarz.

Student mechanizacji rolnictwa. Plastyk.

Inżynier.

Student konserwatorium. Muzyk, miłośnik bobrów.

Konferansjer Leopold Tyrmand podchodzi do mikrofonu i ostrzega publiczność, że teraz usłyszy muzykę trudną, ambitną i przeznaczoną wyłącznie dla koneserów. Po czym zapowiada zespół Sekstet Komedy, co „nie oznacza angielskiego słowa »komedia«, tylko jest pseudonimem”.

Ludzie klaszczą. Z poradników dla fanów jazzu wiedzą już, że oklaski są wskazane. Nawet w czasie trwania utworu. Można wołać „jeszcze”, nie wolno krzyczeć „bis”. Wycia i gwizdów należy raczej unikać: „w naszych warunkach nie jest to przyjęte”. Jazzu już się nie tańczy.

Tydzień wcześniej

Tygodnik „Przekrój”: „Uwaga! Kierowcy pojazdów mechanicznych! Uwaga! Jeżeli między 6 a 12 sierpnia na szosach wiodących do Sopotu, spostrzeżecie młodych ludzi pragnących przy pomocy »autostop« dostać się na festiwal, podwieźcie ich. Wiemy, że podwieziecie”1.

Dziesięć tysięcy. Tylu fanów jazzu spodziewają się organizatorzy festiwalu.

Od trzydziestu do sześćdziesięciu tysięcy. Tylu przyjedzie. Dane będą niepewne, bo przybyłych nikt nigdy dokładnie nie policzy.

Czterdzieści cztery tysiące. Tylu ludzi mieszka w Sopocie na stałe w 1956 roku.

Tygodnik „Przekrój” zachęca: „Sprzedaj ostatnią koszulę, zastaw klipsy (jeśli jesteś kobietą, a lubisz jazz) i przybądź do Sopotu!”.

Miasto się zatyka. Brakuje miejsc w hotelach, właściciele kwater prywatnych przyjmują po kilka osób do jednego pokoju. Ludzie koczują na trawnikach, rezerwują kosze na plaży, rozkładają koce na wydmach.

Karnetów (po 70, 105 i 140 złotych) upoważniających do wejścia na wszystkie imprezy festiwalu w kasach Orbisu już brak. Kończą się bilety na pojedyncze wejścia.

Milicja odnotowuje napływ „niebieskich ptaków” i „spekulantów biletowych”. Jest chłodno, czasem siąpi deszcz.

*

Do Sopotu jadą też jazzmani.

W Poznaniu sześciu członków Sekstetu Komedy wciska się do przepełnionego wagonu. Mają z sobą kontrabas, dwa saksofony (altowy i barytonowy), perkusję i dwa pudła wielkości trumien z rozłożonym na części wibrafonem w środku. Perkusista prosi głośno współpasażerów o nierozpychanie się ze względu na szacunek dla zmarłych wiezionych w skrzyniach. Nikt się nie śmieje. Za ciasno na śmiech.

Zespół Drążek i Pięciu rusza z Krakowa.

Z tego samego miasta jedzie zespół Andrzeja Kurylewicza – ośmiu muzyków i jedna refrenistka Wanda Warska. Ich menedżerka Zofia Lach (od czerwca także menedżerka Sekstetu Komedy) od kilku dni jest już na miejscu.

Ze Stalinogrodu (do niedawna Katowic) nadciąga Zespół Wicharego – siedmiu jazzmanów plus wokalistka Elisabeth Charles (córka Szkotki i obywatela Zanzibaru, żona polskiego lotnika).

Warszawska grupa Pinokio (sześciu jazzmanów) nadciąga prosto z obozu wojskowego. Pianista i saksofonista tenorowy mają ciężką grypę i trzydzieści dziewięć stopni gorączki.

Szczecin reprezentuje pięciu muzyków z zespołu Pawła Gruenspana.

Z Poznania jedzie Grzewina Band (sześć osób) – jedyny polski zespół jazzowy, który grał za granicą – na Zlocie Młodzieży Krajów Nadbałtyckich w Rostoku (NRD).

Siedmiu Melomanów z Jerzym Matuszkiewiczem na czele podąża z Łodzi i Krakowa przez Warszawę. Przekupiony konduktor rezerwuje dla nich cały wagon2. Ich refrenistka Angielka Jeanne Johnstone też jest żoną polskiego lotnika.

Czołowy czechosłowacki bigband Kamila Háli z Pragi (dziewięć osób) przyjedzie dopiero w czwartek wprost z polskiego cyrku, w którym gra sezonowo. Dyrektor cyrku, na czas festiwalu, znajduje za nich zastępstwo.

Ośmioosobowy The Dave Burman Jazz Group przyleci prosto z Londynu, już po rozpoczęciu festiwalu, ale jeszcze nie wiadomo kiedy.

Muzycy zostają rozlokowani w kwaterach prywatnych, po czterech–pięciu w jednym pokoju. Zespoły są wymieszane. Słynni Melomani na przykład nocują z nieznanym Sekstetem Komedy, co niektórych członków Sekstetu onieśmiela.

Do miasta docierają też dziennikarze z całego kraju. Ci, którzy zawiadomili wcześniej organizatorów o swoim przybyciu (proszono o to w specjalnie rozesłanych biuletynach), w biurze festiwalowym odbierają karnety upoważniające do wejścia na każdą imprezę i są kierowani do kwater. Zbigniew Zapert z „Expressu Wieczornego” nie anonsował swojego przybycia. Nie ma też upoważnienia od swojego redaktora naczelnego. Jest bardzo niezadowolony, bo karnetów dla dziennikarzy już nie ma. Musi sobie też załatwić nocleg na własną rękę. Na pocieszenie dostaje kilka biletów wejściowych. Ale nawet to nie poprawi mu humoru już do końca festiwalu.

Trzy dni wcześniej

Krzesła są ze szkół. Zygmunt Wiśniewski:

– Musieliśmy je, jak gdyby siłą, pożyczać. Zostały zwiezione do Sopotu ciężarówką. Potem trzeba było ponumerować oparcia i te same cyfry napisać na karnetach.

Pawilon A, barak z pruskiego muru przy molu (siedziba Bałtyckiej Wystawy Artystycznej), w którym ma się odbywać festiwal, stoi pusty.

Zygmunt Wiśniewski:

– Trzeba było go jakoś przystroić. Dekoracje robili zaprzyjaźnieni plastycy, a te tkaniny nad sceną to już nam pomagała wieszać Opera Bałtycka.

Wiśniewski zatrudnia bileterów.

Wiśniewski dogaduje się z firmą Megafonizacja Kraju, działającą przy Poczcie Polskiej, w sprawie nagłośnienia festiwalu. Wie, że dysponuje ona niedoskonałą aparaturą, ale innej takiej firmy nie ma.

Wiśniewski zatrudnia oświetleniowców z Opery Bałtyckiej.

– Panie Wiśniewski, a można wstawić dodatkowe krzesła?

– A bileciki by pan załatwił?

– Szefie, gdzie rozklejać plakaty?

Trzy dni przed rozpoczęciem I Ogólnopolskiego Festiwalu Jazzowego Zygmunt Wiśniewski, inżynier elektryk kolejnictwa3, sypia niewiele.

Wspomina:

– O festiwalu, że będę to organizował, dowiedziałem się na początku lipca. Pracowałem na pół etatu w Państwowym Przedsiębiorstwie Imprez Estradowych w Gdańsku, zwanym Estradą. Mój bezpośredni przełożony nazywał się chyba Kowalik, ale mówiliśmy na niego „tramwajarz”, bo był kiedyś motorniczym i partia go skierowała na odcinek kultury. Powiedział tylko do mnie: „Zróbcie, obywatelu, festiwal, bo trzeba to zrobić”. Zadaniem mojej ekipy były sprawy techniczne. Biuro mieliśmy na ulicy Chopina 41, dwa malutkie pokoje. Chodziłem do Leopolda Tyrmanda, do hotelu, mówił mi, co trzeba zrobić, i ja to ze swoimi ludźmi robiłem. Zajęty byłem cały czas, bo problemów było pełno. Na przykład my wstawiliśmy dodatkowe krzesła do sali, a straż pożarna usuwała, bo pilnowała, żeby przejścia były wolne. Ale noclegami muzyków się nie zajmowałem. To komitet artystyczny od Tyrmanda wiedział, kogo zapraszać i gdzie przybyłych ulokować.

Największa trudność była w tym, że nikt nie był w stanie przewidzieć, jakie tłumy przyjadą.

Dzień pierwszy, poniedziałek

Miasto jest gotowe. Władze sprzyjają festiwalowi. Towarzysz Roman Kosznik (rocznik 1927), przewodniczący prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Sopocie, w połowie lipca zwierzył się dziennikarzowi „Przekroju”:

„Osobiście interesuję się muzyką jazzową nie od dziś. Bywam na wszystkich koncertach tego typu, organizowanych przez gdańską Estradę”4.

Przed sopockim dworcem stoi plansza zachęcająca do udziału w festiwalu, przy Pawilonie A wisi olbrzymi plakat autorstwa Jerzego Skarżyńskiego, nad ulicami powiewają kolorowe chorągiewki „z osobliwymi malowidłami”.

W pawilonie przygotowano tysiąc dziewięćdziesiąt dwa miejsca, czterysta siedzących dla posiadaczy karnetów („snobi” nazwie ich potem Tyrmand), dziennikarzy oraz przedstawicieli Ministerstwa Kultury i Sztuki. Reszta będzie stała.

Rozpoczynająca festiwal parada w stylu nowoorleańskim ma wystartować o godzinie siedemnastej spod mola. Pójdzie ulicą Grunwaldzką, skręci w Dzierżyńskiego, potem Stalina, dojdzie do Rokossowskiego i skończy się przed Pawilonem A5.

Jerzy Kosiński, dyrektor gdańskiej Estrady, przewodniczący komitetu organizacyjnego festiwalu, od początku jest przeciwny paradzie. Mogą wziąć w niej udział tysiące ludzi, nad którymi nikt nie będzie miał kontroli. Ale Leopold Tyrmand i przedstawiciele jazz clubów upierają się przy pochodzie. Nikt z organizatorów nie robi jednak przeglądu transparentów, szarf i tablic produkowanych przez studentów uczelni artystycznych z całej Polski.

Ludzie będą potem wspominać, że w powietrzu czuło się napięcie.

*

Ruszają. Na czele, w przedwojennym kabriolecie pomalowanym w paski, jedzie Leopold Tyrmand. Za nim muzycy na platformach ciężarówek, jest też ekipa w bryczce zaprzężonej w dwa konie. Kto ma z sobą trąbkę, ten trąbi. Kto wziął puzon, klarnet czy saksofon, ten dmie i dmucha. Kto zabrał werbel, ten uderza. Są gitary i bandżo, ktoś wciągnął na platformę kontrabas.

Zofia Lach poupinała prześcieradła na zaprzyjaźnionych studentkach.

Tańczą teraz wśród jazzmanów.

Muzyków przepasano szarfami z hasłem „jazz – festiwal”, studenci niosą osadzone na kijach tablice z abstrakcyjnymi malunkami, jakiś człowiek dźwiga transparent z nazwiskiem Kurylewicza.

Czterech mężczyzn (ludzie zapamiętają, że byli to aktorzy teatru studenckiego BimBom) niesie po jednej literze na drągu – P, A, D, U. Krążą wokół siebie, zamieniają się miejscami, odwracają tablice w różne strony i tylko czasem ustawiają je w szyku „dupa”. Jan Szczeblewski, sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Gdańsku, dwa tygodnie po zakończeniu festiwalu napisze w raporcie dla Wydziału Kultury Komitetu Centralnego swojej partii: „Tego rodzaju wybryków miało być znacznie więcej (…), jednak sama młodzież (…) zaprotestowała przeciwko temu i nie dopuściła do przemaszerowania przez miasto innych nieprzyzwoitych napisów”6.

Muzycy z Sekstetu Komedy idą w kondukcie pogrzebowym. Ubrani na czarno, niosą, jak trumnę, jasną skrzynię od wibrafonu. Okleili ją klepsydrami z tytułami najpopularniejszych polskich szlagierów – Wiśniowego sadu i Mambo Italiano. Zofia Lach gra rolę wdowy po muzyce popularnej i jazzie tradycyjnym. Idzie za trumną podtrzymywana przez jednego z członków zespołu. W rękach trzyma słomkowy kapelusz typowy dla jazzmanów z Nowego Orleanu.

Tuż przed nimi kręci się student archeologii z Warszawy. Półnagi owinął się plakatami festiwalowymi, na głowie ma czapkę z gazety, na nodze napis „Art Fatum” – to nawiązanie do amerykańskiego jazzmana Arta Tatuma. Nazywa się Jerzy Skolimowski. Będzie wspominał:

– Nie znałem wtedy jeszcze ludzi z Sekstetu, ale ponieważ ich kondukt był zabawny, wymieniliśmy jakieś żarty. Postanowiłem wybrać się na ich próbę.

W paradzie idą też fani jazzu, wśród nich Marek Piestrak. W przyszłości zostanie reżyserem, ale na razie ma osiemnaście lat, mieszka w Gdyni i słucha jazzu. Opowiada:

Pojechałem do Sopotu z dwoma czy trzema kolegami. Sczesaliśmy grzywki do przodu, marynarki przewróciliśmy na drugą stronę, żeby wyglądać jakoś bardziej awangardowo, i włączyliśmy się do smoka tysiącgłowego,

„Tego rodzaju wybryków miało być znacznie więcej” – napisze sekretarz KW PZPR w raporcie po zakończeniu Festiwalu
Sekstet Komedy w kondukcie pogrzebowym podczas parady otwierającej Festiwal

który tupał pod transparentem „dupa”. Traktowaliśmy ten festiwal jak otwarcie drzwi na Zachód, do prawdziwego świata. Nasz własny świat był nędzny i zastępczy.

Wzdłuż ulic ustawiają się gapie: matki z dziećmi, młodzież, starcy. Setki, tysiące ludzi. Jest chłodno, kto mógł, włożył płaszcz lub sweter, na ramiona studenta Skolimowskiego ktoś narzucił jasny koc. Wszystkich filmuje ekipa Polskiej Kroniki Filmowej. Redaktor Zapert notuje w korespondencji dla swojej gazety, że w przemarszu przez miasto „królowały” nieomal zupełnie obnażone dziewczyny. I pyta, dlaczego milicjanci przyglądali się bezczynnie tym „wybrykom i ekscesom”.

*

Flaga festiwalowa idzie na maszt. Płyną dźwięki Swanee River – melodii, która otwiera wszystkie polskie imprezy jazzowe – a Leopold Tyrmand ze sceny pawilonu wygłasza krótkie przemówienie do publiczności:

„Jeśli chodzi o mnie, to nazwałem tę wielką imprezę Pierwszym Festiwalem Zespołów Sweterkowych (…). Nie znajdziecie jazzu w towarzystwie kolorowych fraków ani nafosforyzowanych cylindrów, nie dadzą wam go pracowici słynni dyrygenci. (…) Natomiast w latach, w których jazz nosił na sobie odium kulturalnego miazmatu, gdy zepchnięty został do katakumb, można było usłyszeć w Krakowie, w samotnie stojącym nieopodal cmentarza domu, kilku polskich studentów z różnych miast muzykujących dla siebie i dla grona oddanych miłośników, grających szczerze, gorąco i naprawdę jazzowo. Grali na starych zdezelowanych instrumentach ubrani w zmięte koszule i naddarte swetry, ale grali z całego serca”7.

Konferansjer Tyrmand zaprasza na estradę pierwszy zespół. Dziś gra grupa Andrzeja Kurylewicza.

W pawilonie panuje ścisk. Widzowie stoją pod ścianami, kucają między rzędami, leżą i siedzą pod sceną. Wolnych miejsc brak. Przed wejściem tłoczy się pięć tysięcy ludzi. Kilku milicjantów nawołuje o spokój, ale nikt ich nie słucha. Fani jazzu napierają na płot otaczający barak, mimo oporu bileterów próbują wepchnąć się do środka. Trzydziestu osobom się to udaje. Reszta się kłębi na zewnątrz. Pęka parkan, ktoś wybija szyby, pod naporem ciał wyłamują się drzwi wejściowe.

Leopold Tyrmand: „Jeśli chodzi o mnie, to nazwałem tę wielką imprezę Pierwszym Festiwalem Zespołów Sweterkowych”

Tyrmand na chwilę przerywa koncert. Z raportu towarzysza Szczeblewskiego:

„Ob. Tyrmand, mimo (…) iż wiedział o niemożliwości natychmiastowego założenia głośników na zewnątrz pawilonu, głośno się tego domagał, doprowadzając w ten sposób do jeszcze większego wrzenia, co rozzuchwalona młodzież uczciła zbiorowym skandowaniem nazwiska Tyrmand. Wobec takiego stanu rzeczy służba porządkowa była całkowicie bezradna”8.

Zygmunt Wiśniewski:

– Tam nikt nie dał rady ich powstrzymać, pchali się fanatycy, oni musieli zobaczyć koncert. Dopiero jak przyjechała dodatkowa milicja i udało się część ludzi wyrzucić z tej sali, to porobiło się blokady i nikogo więcej nie wpuszczono. Szybko zrobiliśmy megafonizację na zewnątrz, jakieś głośniki, żeby ludzie mogli posłuchać, zrobiło się lepiej, choć nadal się pchali.

Na widowni siedzi Jerzy Kościelny, konsultant muzyczny Centralnego Zarządu Imprez Estradowych Ministerstwa Kultury i Sztuki. Ma wysłuchać wszystkich koncertów i sporządzić sprawozdanie z festiwalu. Zapisuje obserwacje z koncertu zespołu Kurylewicza: „Jedyną godną uwagi postacią w tym zespole jest jego kierownik i jednocześnie pianista – Kurylewicz. (…) Nie do przyjęcia jest natomiast puzonista – Gadomski. (…) Każde solo puzonisty było dla mnie męką nie do zniesienia”9.

Dzień drugi, wtorek

Rano w pobliżu sopockiego mola ratownicy zauważają cztery delfiny. Mężczyźni wsiadają do szalup ratunkowych i ruszają w pościg za zwierzętami. „Głos Wybrzeża” informuje czytelników: „Próbowali złowić żywcem jedno ze stworzeń, względnie przy pomocy prowizorycznego harpuna zrobionego z bosaka – upolować”. Delfinom jednak udaje się uciec.

W tym samym czasie w sopockim magistracie trwa narada. Miejscowe władze rozważają przerwanie festiwalu, jednak dochodzą do wniosku, że może to spowodować „nieodpowiedzialne ekscesy”. Przewodniczący prezydium MRN wzywa na spotkanie z członkami rady kilku organizatorów festiwalu, w tym Leopolda Tyrmanda. Krytykuje ich za paradę i awantury podczas koncertu. Tyrmand nie przyjmuje uwag. Mówi: „Pochód w Sopocie był dziecinną zabawką w stosunku do tego, co organizuje się w Warszawie. Ocena panów jest typowo prowincjonalna”10.

Wobec takiego stanowiska organizatorzy festiwalu zostają wezwani do Wydziału Propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. Na spotkanie jadą też przedstawiciele władz miejskich i Wojewódzkiej Rady Narodowej. Ustala się zacieśnienie współpracy z Komendą Wojewódzką Milicji Obywatelskiej, zwiększenie liczby koncertów i organizowanie ich w kilku punktach Trójmiasta równocześnie.

Jednak prawdziwego porozumienia między władzami a twórcami festiwalu nie uda się osiągnąć. Towarzysz Szczeblewski zapisze: „Organizatorzy, zaślepieni powodzeniem jazzu, nie zastosowali się do uwag i poleceń”11.

*

Wieczorem, w pawilonie A, koncert gra zespół Drążek i Pięciu. Konsultant muzyczny ministerstwa: „Ciekawym podaję skład zespołu, a to w celu troskliwego omijania jego koncertów. (…) O naśladowaniu maniery śpiewaczej Armstronga przez skądinąd miłego Stanisława Otałęgę można powiedzieć, że jest szczytowym osiągnięciem błazeństwa estradowego”12.

Dane mu jest też posłuchać jazzmanów z Pinokia: „Zespół warszawskiego jazz clubu wzbudzał na sali – niestety! – uczucie głębokiego zażenowania”13.

*

W nocy po molu spaceruje sześciu młodych mężczyzn z Sekstetu Komedy ze swoją menedżerką. Boją się jutrzejszego występu.

„Nasz zespół uprawia wyłącznie jazz nowoczesny – powie dziennikarzowi już po festiwalu lider Sekstetu – a mianowicie bebop, cool, west coastjazz. Wzorujemy się na zespołach Gerry Mulligana i Modern Jazz Quartet. Jesteśmy pierwszym tego rodzaju zespołem w Polsce. (…) Uprawiamy muzykę dość eksperymentalną, którą trzeba umieć słuchać”14.

Inne zespoły grają zwykle tylko jazz tradycyjny, czasem tylko dorzucają do repertuaru kilka nowoczesnych utworów. A jeśli publiczność ich nie zaakceptuje? Czy nie zanudzą słuchaczy? Czy fani jazzu dobrze przyjmą wibrafon? A jeśli pomysł z Bachem nie wypali?

Jest z nimi też Jerzy Skolimowski. Na próbie zachwycił się ich grą. Obiecuje, że podczas koncertu usiądzie pod samą sceną i będzie najgłośniej klaskał. Nadają mu pseudonim Kibic.

Dzień trzeci, środa

W samo południe, w pawilonie A, rozpocznie się konferencja prasowa – zapowiadają miejscowe gazety. – Uprasza się o punktualność.

Są już jazzmani. Przychodzą dziennikarze, zjawia się też redaktor Zbigniew Zapert z „Expressu Wieczornego”. Jest i Sławomir Sierecki z „Głosu Wybrzeża”, którego artykuł – krytyczny wobec organizacji festiwalu – ukazał się rano w dzienniku. Czytelnicy przeczytali w nim, że mile zapowiadający się pochód został zeszpecony, a rozwydrzenie i chamstwo pseudomiłośników muzyki ukazały się z całą jaskrawością w czasie koncertu świetnego przecież zespołu Andrzeja Kurylewicza.

Leopold Tyrmand zabiera głos. Tekst Siereckiego nazywa przykładem schizofrenii i obskurantyzmu. Oświadcza też, że jest gotów iść przez Sopot z transparentem składającym się z czterech liter. A wybryki na koncertach jazzowych uważa za wynik tego, że „jazz był długo zabraniany i młodzież obecnie w ten sposób manifestuje swoją radość”.

Czy są pytania od dziennikarzy? Redaktor Zapert podnosi rękę. Chciałby wiedzieć, jakim prawem na festiwal zaproszono tak słabe zespoły jak choćby Pinokio. Pianista zespołu Mateusz Święcicki będzie wspominał po latach: „doszło też do awantury (…). Inżynier Adam Ferch, prezes Warszawskiego Klubu Jazzowego (…) wraz z Sosnowskim [saksofonistą tenorowym] i ze mną zaprotestował przeciwko takim wartościowaniom bez uzasadnienia. Na to Zapert odpowiedział, że nie musi się tłumaczyć. Wówczas zakwestionowano kwalifikacje Zaperta”15.

W „Expressie Wieczornym” ukaże się wkrótce artykuł zatytułowany Chuli­gani z zespołu Pinokio.

*

Około godziny dwudziestej na zbitą z desek i częściowo przykrytą dywanem scenę w pawilonie A wchodzi sześciu młodych mężczyzn w czarnych spodniach i bluzach z szalowymi kołnierzami. Ich stroje uszyły koleżanki pianisty ze studiów.

Plastyk staje przed wibrafonem. Za radą Zofii sczesał grzywkę na czoło jak Laurence Olivier w Hamlecie i jest nieprzytomny ze strachu. Słyszał, że Leopold Tyrmand każdego, kto należy do ZMP, uważa za matoła, więc jako były zetempowiec bardzo się go boi.

Lekarz, z dopiero zapuszczoną jasną bródką, zasiada przy fortepianie.

Patrzy spokojnie na swój zespół.

Zaczynają utworem Champ z repertuaru Dizzy’ego Gillespiego*. Plastyk zapamięta:

– Nogi wibrafonu to były skrzyżowane pręty, pośrodku wzmocnione śrubami. Jak się ostro grało, to śruby puszczały i instrument zaczynał osiadać. A ja z nim, coraz niżej, w końcu grałem w przysiadzie. Tak też się zdarzyło w Sopocie. A do tego stanął silnik wibrafonu. Musieliśmy przerwać.

Wezwany elektryk naprawia silnik i skręca nogi instrumentu, zespół czeka na scenie.

Leopold Tyrmand znów staje przed mikrofonem: „Raz jeszcze przepraszamy za wypadek z wibrafonem, ale gdyby państwo wiedzieli, w drodze jakich wyrzeczeń zespół go zdobył, nie byłoby dla nikogo dziwnym, że ma się prawo psuć”16.

Publiczność jest wyrozumiała (z poradnika: „Nie obrzucaj organizatorów festiwalu przekleństwami w rodzaju »Cholera by ich wzięła za taki bałagan!« (…). Nie mieli przecież żadnych doświadczeń”).

Sekstet Komedy wraca do gry. Po Love Me or Leave Me z repertuaru Gerry’ego Mulligana czas na Memory of Bach.

Tyrmand krótko: „Utwór eksperymentalny oparty na fudze Bacha”. Grają siedem minut, bez saksofonów.

Kiedy kończą, publiczność szaleje. Są brawa, gwizdy, okrzyki, w górę lecą ubrania.

Przygotowali na ten wieczór dziesięć utworów, Blues in the Closet z repertuaru Buddy’ego de Franco jest ostatni.

Plastyk: „Zaczęliśmy we właściwym tempie, a kończyliśmy niemalże w tempie czeskiej polki. Takiego daliśmy czadu! Wrzaski, fruwały marynary, brawa, wreszcie śpiew Sto lat17.

Jerzy Kościelny, konsultant muzyczny ministra kultury, notuje na gorąco:

„Zespół ten stylowo różni się znacznie od wszystkich innych uczestników festiwalu i – mimo to – (ku mojemu zdziwieniu) został życzliwie przyjęty przez znaczną część publiczności. Na szczególne uznanie zasługuje fakt wykuwania własnego stylu”18.

I to już koniec koncertu.

Zylber będzie wspominał po latach: „Przywołuję ten obraz i Krzysztofa – przyjaciela: cofnięty w głąb sceny, drobny, uśmiechnięty, trochę zażenowany, dziękował za oklaski, zdając się mówić: To nie ja – to oni”19.

Uśmiechają się, choć obiecywali sobie do końca zachować powagę. Jan Ptaszyn Wróblewski mówi:

– Ani podskoczyć, ani się uśmiechnąć, ani nic, bo to od razu by wyglądało, że robimy coś pod publiczność. Ta ówczesna poza egzystencjalistyczna była straszna.

W środę ósmego sierpnia 1956 roku, około godziny dwudziestej drugiej, ze sceny zbitej z desek schodzi sześciu młodych jazzmanów w czarnych ubraniach.

Krzysztof Komeda Trzciński – lekarz – pianista.

Jan Wróblewski – student mechanizacji rolnictwa – saksofonista barytonowy.

Jerzy Milian – plastyk – wibrafonista. Jan Zylber – inżynier – perkusista.

Józef Stolarz – student konserwatorium – kontrabasista.

Stanisław Pludra – zawodowy muzyk, miłośnik bobrów – saksofonista altowy.

Otacza ich tłum ludzi, ściskają im dłonie, rzucają się na szyje, dziennikarze proszą o kilka słów dla czytelników.

Ktoś się przepycha. To reżyser Andrzej Munk, pracuje dla Polskiej Kroniki Filmowej:

Chciałbym jeszcze dziś w nocy nagrać wasz Memory of Bach.


* Jeden z polskich jazzmanów zwrócił mi uwagę, że muzycy z pokolenia Krzysztofa Komedy nie odmieniali imion wykonawców zagranicznych. On i jego koledzy powiedzieliby więc „Dizzy Gillespiego”, „Louis Armstronga”, „Miles Davisa”.

Fragment pochodzi z książki „Komeda. Osobiste życie jazzu” autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej, Znak 2018.
Na okładce wykorzystano fragment okładki książki „Komeda. Osobiste życie jazzu”. Fot. Marek Karewicz / East News

wróć na górę