Tanayah Czyta „Dziennik kasztelana”

w dziale Archiwum/Co słychać?/To nas grzeje by

Najłatwiej jest pisać o tym, co jest twórcy dobrze znane. Z tego założenia wyszedł chyba Evžen Boček, który, jak sam mówi, jest przede wszystkim kasztelanem na czeskim zamku w Miloticach na Morawach, a potem dopiero pisarzem. Omawiany dzisiaj „Dziennik kasztelana” jest jego debiutem, co warto podkreślić. Należy też od razu dodać, że czytelnicy zaznajomieni z jego cyklem Arystokratka (w Polsce wydane zostały na razie dwie części – „Ostatnia arystokratka” oraz „Arystokratka w ukropie”) nie powinni tym razem nastawiać się na salwy nieopanowanego śmiechu, jest to bowiem rzecz innego rodzaju. Co nie znaczy, że gorsza.

Wiktor, zmęczony tempem życia w Pradze, wyjeżdża na Morawy, by zostać kasztelanem tamtejszego zamku. Ucieczka z miasta jawi mu się jako rozwiązanie wszystkich kłopotów, także tych, które piętrzą się w jego małżeństwie z Iwonką. Praca kasztelana jest więc nowym początkiem, a cichy, oddalony od zgiełku dużego miasta zakątek daje nadzieję na odpoczynek i uspokojenie skołatanych nerwów. Wiktor nie ma pojęcia jak wiele wysiłku trzeba włożyć w utrzymanie i jako takie funkcjonowanie tak ogromnego obiektu.

Kup na Woblink.com

Szybko przekonuje się, że relaks to ostatnie, czego tu zazna: pracownicy przyjmują go z dozą nieufności, po okolicy krążą niepokojące i mroczne plotki na temat poprzedniego kasztelana, w zamczysku zalegają resztki wyposażenia po dawnym zarządcy, a sam budynek jest kompletnie niegotowy na najazd muflonów (czytaj: turystów) w sezonie wiosennym. Na razie trwa zima, ale pracy jest w bród, a czasu niewiele – tym bardziej, gdy cały zamek usiłują doprowadzić do ładu cztery osoby. Jakby tego było mało, nowe miejsce pracy Wiktora ma oczywiście swoje legendy o duchach, a sytuacji bynajmniej nie poprawia fakt, że w jednej z komnat urządzono małe mauzoleum, w którym spoczywa mumia Marii Arnoszty. Biorąc to wszystko pod uwagę, sprowadzenie na Morawy żony wraz z córką Ewunią wydaje się nie najlepszym pomysłem, ale mężczyzna nie traci animuszu. Przynajmniej z początku… Bo potem, chciałoby się rzec za Alicją z Krainy Czarów, jest tylko zdziwniej i zdziwniej.

Wreszcie odnalazłem swoją mantrę: Niczemu się tutaj nie dziwić.

Jak widać, Evžen Boček od początku upodobał sobie formę dziennika. Nie każdy lubi pierwszoosobową narrację, jednak w tego typu formule inna nie ma prawa bytu. W Arystokratkach narratorką była Maria Kostka z Kostki, w „Dzienniku kasztelana” głos ma kasztelan Wiktor, i to wyłącznie z jego perspektywy poznajemy kolejne wydarzenia. Ma to swoje plusy, a w przypadku omawianego tytułu dobrze wprowadza czytelnika w nastrój niepokoju i niepewności, które odczuwa główny bohater. Gdy Wiktor jest zagubiony, niepewny swych odczuć i tego, co widział na własne oczy, czytelnik jest dokładnie w takim samym stanie, co potęguje nastrój grozy, jaki panuje w książce. Zamczysko bowiem jest dość upiorne, i choć na współczesnym czytelniku nie zrobi już specjalnego wrażenia leżący w łóżku trup Marii Arnoszty czy włączający się w środku nocy gramofon, to jednak złe samopoczucie Ewusi, córki kasztelana, które pogłębia się, gdy mała przebywa w zamku (zupełnie, jakby ten wysysał z niej siły witalne!) jest już mocno niepokojące.

Choć książka nie jest pozbawiona zabawnych fragmentów, ciężar gatunkowy jest zupełnie inny niż w Arystokratkach. Evžen Boček zadebiutował powieścią poważną, momentami bardzo mroczną, nie stroniącą od niewyjaśnionych, nadprzyrodzonych zjawisk, każących raz po raz pytać samego siebie, czy to prawda, czy też kolejne dziwne wydarzenia oddają po prostu coraz gorszy psychiczny stan głównego bohatera. „Dziennik kasztelana” to specyficzna mieszanka powieści obyczajowej i historii o duchach. Strona obyczajowa wypada moim zdaniem lepiej od tej w stylu powieści grozy – może naczytałam się za dużo naprawdę mocnych horrorów, by przestraszyć się subtelnym strachom z powieści Bočka.

Jak powiedział sam autor na spotkaniu w Katowicach, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, gdy był młody, zadowolony z życia i zdrowy, pisał książki mroczne, a teraz, gdy jest stary, schorowany i zmęczony życiem, pisze wesołe powieści. Mógł być to oczywiście przejaw czeskiego, przewrotnego humoru, jednak nie da się ukryć, że coś w tym jest. Będąc szczerą, wolę to zabawne oblicze autora, ale i przy „Dzienniku kasztelana” spędziłam ciekawie kilka godzin. Szkoda może jedynie, że powieści Bočka są tak krótkie, ale z drugiej strony… lepszy niedosyt niż przegadanie. A kolejna część przygód Marii Kostki ukaże się w Polsce już w przyszłym roku.

Ocena: 4/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła.

Wpis pierwotnie opublikowany na blogu Tanayah Czyta.

Karolina Sosnowska

Karolina Sosnowska – twórczyni bloga Tanayah czyta założonego w 2013 roku. Od zawsze obsesyjnie połykała kolejne książkowe historie, co najpierw popchnęło ją do studiowania literaturoznawstwa na filologii polskiej, a później do związania życia z książkami tak prywatnie (blog), jak i zawodowo (jest bibliotekarką). Nie ma dnia, w którym by czegoś nie podczytywała i jedyne, co ją martwi, to smutna prawda, że jest „tak dużo książek i tak mało czasu”.

wróć na górę