Bestsellerowa „Lokatorka” – najobszerniejszy darmowy fragment, jaki znajdziecie w Internecie!

w dziale Archiwum/Co słychać?/To nas grzeje by

Emma już nie mieszka przy Folgate Street 1, na jej miejsce wprowadza się Jane. Obie lokatorki, obecna i była, są do siebie bardzo podobne: kolor włosów, rysy twarzy, pragnienie rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Ultranowoczesne mieszkanie wymaga dostosowania się do surowych reguł narzuconych przez właściciela, ale wydaje się idealne do porządkowania życiowego chaosu. Kobiety łączy coś jeszcze – enigmatyczna więź z właścicielem apartamentu. Jednak po pewnym czasie obok pożądania pojawia się niepewność i niepokój.

Co różni Emmę i Jane? Emma już nie żyje, Jane jeszcze tak.

*       *       *

„Pan Darkwood, który kiedyś był zafascynowany
miłością romantyczną i tym, co wszyscy mieli
o niej do powiedzenia, teraz miał absolutnie
dość tego tematu. Dlaczego zakochani bez
przerwy powtarzają to samo? Czy nie zmęczyli
się już słuchaniem siebie nawzajem?”
Eve Ottenberg, The Widow’s Opera

„Seryjni mordercy, jak wszyscy uzależnieni,
działają zgodnie ze scenariuszem, obsesyjnie
powtarzając te same zachowania”.
Robert D. Keppel, William J. Birnes,
Signature Killers

„Analizowany [pacjent] wcale nie przypomina
sobie tego, co zapomniane i wyparte, lecz
urzeczywistnia to w formie działania.
Nie odtwarza tego w formie wspomnienia,
lecz jako czyn, powt a r z a to, rzecz jasna nie
zdając sobie sprawy z tego, że powtarza”.
Sigmund Freud, Przypominanie, powtarzanie,
przepracowywanie, tłum. Robert Reszke

„Moja fascynacja powtarzalnością obrazów –
a w przypadku filmów ich »ciągnięciem się« –
wypływa z przekonania, że większość życia
spędzamy, patrząc, ale niewiele dostrzegając”.
Andy Warhol

Posłuchaj fragmentu audiobooka:

Przeczytaj pierwsze rozdziały:

  1. Zrób listę wszystkich rzeczy, które uważasz za niezbędne w swoim życiu.

PRZEDTEM: EMMA

– To urocze, małe mieszkanie – mówi agent tonem, który można by uznać niemal za autentyczny entuzjazm. – Położone blisko obiektów użyteczności publicznej. No i ma jeszcze własny kawałek dachu, który można przerobić na taras. Oczywiście pod warunkiem że właściciel się zgodzi.

– Ładne – przytakuje mu Simon, starając się unikać mojego wzroku.

Wiedziałam, że to mieszkanie nie nadaje się dla nas, jak tylko tu weszłam i zobaczyłam dwumetrowy kawałek dachu pod jednym z okien. Si też to wie, ale nie chce tego mówić agentowi, przynajmniej na razie, żeby nie być nieuprzejmy. Może nawet liczy, że jeśli jeszcze trochę posłucham tej durnej paplaniny, to sama zacznę się wahać. Agent to facet w stylu Simona: bystry, arogancki, energiczny. Pewnie czytuje pismo, w którego redakcji Simon pracuje. Jeszcze nie zdążyliśmy wejść na schody, a już zaczęli gadać o sporcie.

– A tu macie całkiem sporych rozmiarów sypialnię – oświadcza agent – wraz z przestronną…

– To nie ma sensu – przerywam mu, kończąc tę farsę. – Nie jest dla nas odpowiednie.

Agent unosi brwi.

– Moim zdaniem nie powinniście za bardzo wybrzydzać – mówi. – Do wieczora to mieszkanie zniknie z rynku. Dziś pokazuję je już piąty raz, a nawet nie wrzuciliśmy go jeszcze na stronę internetową.

– Nie jest dość bezpieczne – odpowiadam stanowczym tonem. – Idziemy?

– Na wszystkich oknach są rygle, do tego drzwi są wyposażone w zamek Chubb. Oczywiście możecie zainstalować alarm przeciwwłamaniowy, jeśli kwestia bezpieczeństwa budzi waszą szczególną obawę. Nie sądzę, żeby właściciel miał coś przeciwko.

Zwraca się teraz bezpośrednio do Simona, zupełnie mnie ignorując. „Jeśli kwestia bezpieczeństwa budzi waszą szczególną obawę”. Równie dobrze mógłby zapytać: „Czy twoja dziewczyna czasem nie histeryzuje?”.

– Poczekam na zewnątrz – oznajmiam i odwracam się do wyjścia.

Zrozumiawszy pewnie, że popełnił gafę, agent szybko dodaje:

– Jeśli problem stanowi lokalizacja, może powinniście poszukać nieco bardziej na zachód.

– Już szukaliśmy – odpowiada Simon. – Żadne z tamtejszych mieszkań nie jest na naszą kieszeń. Z wyjątkiem tych wielkości schowka na miotły.

Simon usiłuje ukryć frustrację w głosie, ale sam fakt, że musi to robić, złości mnie jeszcze bardziej.

– W Queen’s Park mamy jednopokojowe mieszkanie – mówi agent. – Trochę obskurne, ale…

– Już je widzieliśmy – wtrąca Simon. – Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że jest nieco zbyt blisko naszego dotychczasowego mieszkania. – Jego ton nie pozostawia wątpliwości, że tak naprawdę to ja doszłam do takiego wniosku.

– Dopiero co pojawiło się mieszkanie na trzecim piętrze w Kilburn…

– Też je oglądaliśmy. Tuż przy jednym z okien biegła rynna.

Agent przygląda mu się nierozumiejącym wzrokiem.

– Ktoś mógłby się po niej wspiąć – wyjaśnia Simon.

– No tak. Cóż, sezon na wynajem dopiero się zaczyna. Może jeśli trochę poczekacie…

Agent najwyraźniej doszedł do wniosku, że tylko marnujemy jego czas, i także zaczyna się przesuwać w kierunku drzwi. Wychodzę na zewnątrz i staję na podeście, starając się zachować bezpieczny dystans.

– Wypowiedzieliśmy już wynajem naszego obecnego mieszkania – słyszę Simona. – Kończą nam się opcje. – Teraz ścisza głos. – Słuchaj, stary, mieliśmy włamanie. Pięć tygodni temu. Dwóch facetów wtargnęło do mieszkania i groziło Emmie nożem. Teraz rozumiesz, dlaczego jest taka nerwowa?

– O cholera – kwituje agent. – Nie mam pojęcia, co bym zrobił, gdyby coś takiego przydarzyło się mojej dziewczynie. Posłuchaj, nie wiem, czy to coś dla was, ale… – Nagle urywa.

– Tak? – zachęca go Simon.

– Czy ktoś w naszym biurze wspominał wam o Folgate Street 1?

– Chyba nie. To jakaś nowa oferta?

– Nie, nie do końca.

Agent nie jest pewny, czy ciągnąć ten wątek.

– Ale mieszkanie jest wolne, tak? – dopytuje Simon.

– W zasadzie tak – odpowiada agent. – To fantastyczne miejsce. Absolutnie fantastyczne. Ze znacznie wyższej półki niż to tutaj. Tyle że właściciel… delikatnie mówiąc, jest trochę wymagający.

– Gdzie jest to mieszkanie? – pyta Simon.

– W Hampstead – mówi agent. – A raczej bardziej w Hendon. Ale to naprawdę spokojna okolica.

– Em! – woła Simon.

Wracam do środka.

– W sumie możemy je obejrzeć. I tak jesteśmy niedaleko.

Agent kiwa potakująco głową.

– Po drodze wpadnę tylko do biura – mówi – i spróbuję znaleźć dokładne informacje na jego temat. Prawdę mówiąc, już dawno nikogo po tym mieszkaniu nie oprowadzałem. To nie jest miejsce dla każdego. Ale wiele osób dałoby się za nie pokroić. Przepraszam, to nie było zamierzone.

 

TERAZ: JANE

– To już ostatnie. – Camilla, agentka nieruchomości, bębni palcami o kierownicę swojego smarta. – Najwyższa pora, żebyśmy w końcu na coś się zdecydowały.

Wzdycham. Mieszkanie, które przed chwilą obejrzałyśmy – w podupadłej kamienicy niedaleko West End Lane – to w zasadzie jedyne, na jakie mnie stać. I gdy już niemal wmówiłam sobie, że jest całkiem w porządku (ignorując łuszczącą się tapetę, lekki zapaszek gotowania sączący się z mieszkania poniżej, a także ciasną sypialnię oraz pleśń panoszącą się w pozbawionej wentylacji łazience), usłyszałam gdzieś w pobliżu dźwięk dzwonka, staroświeckiego ręcznego dzwonka, i z ulicy nagle dobiegły mnie wrzaski dzieci. Podeszłam do okna i naprzeciwko zobaczyłam szkołę. Mogłam nawet zajrzeć do środka klasy, w której znajdowała się grupa najmłodszych dzieci, a na oknach wisiały wycięte z papieru króliczki i gąski. Nagle poczułam w brzuchu ostre szarpnięcie bólu.

– To mieszkanie chyba jednak odpuszczę – zdołałam wydusić z siebie.

– Naprawdę? – Camilla się zdziwiła. – Chodzi o szkołę? Poprzedni lokatorzy mówili, że raczej lubili gwar bawiących się dzieci.

– Ale chyba nie aż tak bardzo, żeby zostać tu na dłużej. – Odwróciłam się do wyjścia. – Idziemy?

Teraz, w drodze powrotnej do biura, Camilla próbuje wywrzeć na mnie presję za pomocą przedłużającego się milczenia. W końcu postanawia je przerwać.

– Jeśli nic z tego, co dziś oglądałyśmy, nie przypadło ci do gustu, może trzeba pomyśleć o czymś z wyższej półki cenowej.

– Niestety mój budżet nie jest z gumy – odpowiadam oschle, patrząc przez okno.

– W takim razie może powinnaś nieco obniżyć swoje wymagania – rzuca cierpko.

– Jeśli chodzi o to ostatnie mieszkanie… Mam pewne… osobiste powody, dla których nie mogę mieszkać obok szkoły. Przynajmniej na razie.

Widzę, że wzrok Camilli wędruje na mój brzuch, wciąż nieco obwisły po ciąży, a jej oczy rozszerzają się pod wpływem nagłego olśnienia.

– Och – mówi.

Nie jest taka tępa, na jaką wygląda, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Na szczęście nie muszę nic więcej wyjaśniać.

Tymczasem w jej głowie chyba rodzi się jakiś pomysł.

– Słuchaj, jest jeszcze jedno miejsce. Tak naprawdę nie powinniśmy go pokazywać bez wyraźnej zgody właściciela, ale od czasu do czasu to robimy. Niektórych to mieszkanie trochę przeraża, ale ja uważam, że jest cudowne.

– Cudowne mieszkanie na moją kieszeń? Chyba nie mówimy o łodzi mieszkalnej, prawda?

– Broń Boże. Wprost przeciwnie. To nowoczesny budynek w Hendon. Cały dom z jedną tylko sypialnią, za to z mnóstwem przestrzeni. Właściciel jest architektem. I to naprawdę sławnym. Kupowałaś kiedyś ubrania w Wanderer?

– Wanderer… – W swoim poprzednim życiu, kiedy miałam pieniądze i porządną, dobrze płatną pracę, czasami wybierałam się do Wanderer, obrzydliwie minimalistycznego sklepu przy Bond Street, w którym kilka potwornie drogich sukienek leżało na masywnych kamiennych stołach niczym dziewice na ołtarzach ofiarnych, a wszystkie sprzedawczynie chodziły ubrane w czarne kimona. – Raz na jakiś czas. Czemu pytasz?

– Firma Monkford Partnership zaprojektowała wszystkie ich sklepy. Jej szef jest nazywany technominimalistą czy jakoś tak. Mnóstwo ukrytych gadżetów, a poza tym same gołe ściany. – Camilla posyła mi dziwne spojrzenie. – Powinnam cię ostrzec: niektórzy uważają jego styl za nieco zbyt… surowy.

– Jakoś to zniosę.

– No i…

– Tak? – dopytuję, gdy Camilla zawiesza głos.

– Właściciel wymaga umowy, która nie jest zwykłą umową najmu – odpowiada z wahaniem.

– To znaczy?

– Myślę, że najpierw – mówi, trącając kierunkowskaz w dół i skręcając na lewy pas – powinnyśmy obejrzeć mieszkanie i sprawdzić, czy ci się spodoba. A potem przedstawię ci wszystkie jego wady.

 

PRZEDTEM: EMMA

No dobra, dom jest fantastyczny. Niezwykły, zapierający dech, cudowny. Nie sposób opisać go słowami.

Choć wygląd samej ulicy niczego takiego nie zapowiadał. Po obu stronach ciągnęły się dwa rzędy dużych, nijakich domów w stylu wiktoriańskim, z czerwonej cegły i otwieranymi do góry oknami, jakie można zobaczyć w całym północnym Londynie, gdy idzie się w kierunku Cricklewood. Wyglądały jak łańcuszek identycznych figurek wyciętych z kartonu, różniły się jedynie wyglądem frontowych drzwi oraz znajdującymi się powyżej małymi, kolorowymi okienkami.

U wylotu ulicy biegło ogrodzenie, za którym stał niski, niewielki budynek przypominający kostkę z jasnego kamienia. Jedynie kilka rozmieszczonych jakby zupełnie przypadkowo poziomych, wąskich okien wskazywało, że był to jednak dom, a nie gigantyczny przycisk do papieru.

– Wow – mówi z wahaniem Simon. – To na pewno tutaj?

– Jak najbardziej – oznajmia radośnie agent. – Folgate Street 1.

Prowadzi nas do drzwi, które znajdują się niemal w jednej płaszczyźnie ze ścianą. Nigdzie nie ma jednak dzwonka. Prawdę mówiąc, nie widzę też klamki ani skrzynki na listy, ani żadnej tabliczki z nazwiskiem – niczego, co świadczyłoby o obecności jakiegokolwiek człowieka. Agent popycha drzwi, a one otwierają się na oścież.

– Kto tu teraz mieszka? – pytam.

– Obecnie nikt. – Agent odsuwa się na bok, by przepuścić nas przodem.

– Czemu więc dom nie był zamknięty? – dopytuję nerwowo, nie ruszając się z miejsca.

– Ależ był. – Uśmiecha się z wyższością. – W swoim smartfonie mam cyfrowy klucz. Jedna aplikacja, która wszystko kontroluje. Wystarczyło tylko, żebym zmienił ustawienia z „niezamieszkany” na „zamieszkany”. Potem wszystko przebiegło automatycznie: zamontowane w domu czujniki odczytały szyfr i wpuściły mnie do środka. Gdybym nosił cyfrową bransoletkę, nie potrzebowałbym nawet telefonu.

– Chyba żartujesz – mówi Simon, wpatrując się w drzwi jak urzeczony.

Niemal wybucham śmiechem, widząc jego zachwyconą minę. Dla rozkochanego we wszelkich gadżetach Simona koncepcja domu, który można kontrolować za pomocą własnego telefonu, brzmi jak opis najwspanialszego prezentu urodzinowego.

Wchodzę do maleńkiego korytarza, niewiele większego od szafki kuchennej. Gdy agent wciska się za mną do środka, robi się tak ciasno, że nie sposób się obrócić, więc bez pytania o pozwolenie ruszam dalej.

Tym razem to ja mówię „wow”. Ten dom naprawdę robi wrażenie. Przez ogromne okna, które wychodzą na nieduży ogród i wysoki, kamienny mur, do wnętrza wlewa się mnóstwo światła. Dom nie jest duży, lecz dość przestronny. Ściany i podłogi są zrobione z tego samego jasnego kamienia co elewacja. Przez wgłębienia w ścianach biegnące tuż przy podłodze ma się poczucie, jakby całe wnętrze unosiło się lekko w powietrzu. W dodatku dom jest pusty. Nie chodzi o brak mebli – widzę kamienny stół w pokoju obok, bardzo eleganckie designerskie krzesła do jadalni i długą, niską kanapę w kremowym kolorze – ale nie ma nic więcej, nic, na czym można by zawiesić wzrok. Żadnych drzwi ani szafek, żadnych obrazów ani framug okiennych, żadnych gniazdek elektrycznych, żadnych elementów oświetlenia ani nawet – rozglądam się wokół zdumiona – żadnych włączników światła. I choć nie wydaje się, by dom był opuszczony lub niezamieszkany, panuje tu absolutny porządek.

– Wow – powtarzam dziwnie stłumionym głosem.

Nagle uświadamiam sobie, że nie słyszę żadnych odgłosów dobiegających z ulicy. Rozbrzmiewający w tle zgiełk silników samochodowych, nawoływań robotników na rusztowaniach oraz klaksonów, jaki nieustannie słychać w Londynie, zupełnie ucichł.

– Większość ludzi tak reaguje – kwituje agent. – Przepraszam za kłopot, ale właściciel upiera się, by wszyscy zdejmowali obuwie. Jeśli więc nie macie nic przeciwko temu…

Pochyla się, by rozsznurować swoje szpanerskie buty. Idziemy za jego przykładem. I nagle, jakby to surowe, puste wnętrze wyssało z niego całą tę czczą gadaninę, agent zaczyna spacerować cicho w samych skarpetkach, przyglądając się wszystkiemu z nie mniejszym od naszego osłupieniem.

 

TERAZ: JANE

– Piękny – mówię.

W środku dom jest tak elegancki i wymuskany jak galeria sztuki.

– Po prostu piękny.

– To prawda – przytakuje Camilla. Wyciąga szyję, by przyjrzeć się nagim, wznoszącym się pod sam dach ścianom z jakiegoś drogiego kamienia o kremowej barwie.

Na piętro prowadzą najbardziej minimalistyczne schody, jakie widziałam w życiu. Wyglądają, jakby wyciosano je w ścianie klifu: niewypolerowane kamienne stopnie niemal unoszą się w powietrzu, nieograniczone żadną poręczą i pozbawione jakichkolwiek widocznych wsporników.

– Bez względu na to, jak często tu przychodzę, ten widok zawsze zapiera mi dech w piersi. Ostatni raz byłam tu z grupą studentów architektury. Tak przy okazji, to jeden z warunków wynajmu. Co sześć miesięcy trzeba udostępniać dom dla zwiedzających. Ale oni zawsze zachowują się z dużym szacunkiem. To nie banda turystów, którzy wdeptują gumy do żucia w dywany.

– Kto tu teraz mieszka?

– Nikt. Od blisko roku dom stoi pusty.

Spoglądam w stronę sąsiedniego pokoju, o ile słowo „pokój” jest właściwym określeniem na otwartą przestrzeń, która nie ma nawet otworu drzwiowego, a co dopiero samych drzwi. Na długim kamiennym stole stoi wazon z tulipanami, których krwistoczerwone płatki odcinają się drastycznie od wszechobecnego jasnego kamienia.

– To skąd się wzięły te kwiaty? – Podchodzę do stołu i dotykam blatu. Ani śladu kurzu. – I kto utrzymuje dom w takiej czystości?

– Co tydzień przychodzi sprzątaczka ze specjalnie w tym celu wynajętej firmy. To zresztą kolejny warunek. Nie można zrezygnować z jej usług. Firma zajmuje się też ogrodem.

Podchodzę do okna sięgającego aż do samej podłogi. „Ogród” to chyba za dużo powiedziane. Tak naprawdę to raczej zamknięte podwórko o wymiarach mniej więcej cztery metry na sześć metrów, wyłożone płytami z takiego samego kamienia jak podłoga, na której stoję. Pod przeciwległym murem widać mały, podłużny prostokąt trawy tak krótkiej i precyzyjnie przyciętej jak na polu golfowym. Nie rosną tam jednak żadne kwiaty. Zresztą poza tym małym skrawkiem zieleni nie ma tam nic żywego, żadnego kolorowego detalu. Tylko kilka małych kręgów szarego żwiru.

Odwracam się od okna z myślą, że całemu temu miejscu przydałoby się po prostu trochę kolorów i odrobinę ciepła. Trochę dywanów, kilka bardziej osobistych akcentów i dom wyglądałby naprawdę pięknie, niczym z magazynów wnętrzarskich. Po raz pierwszy od dawna czuję lekki dreszcz ekscytacji. Czyżby wreszcie los się do mnie uśmiechnął?

– Cóż, takie rozwiązanie wydaje mi się całkiem sensowne – mówię. – To wszystko?

Camilla uśmiecha się niepewnie.

– Gdy wspominałam, że to jeden z warunków, miałam na myśli, że to jeden z bardziej zrozumiałych warunków. Wiesz, na czym polega klauzula restrykcyjna?

Kręcę przecząco głową.

– To zbiór wymogów prawnych przypisanych do danej nieruchomości na jej wieczyste użytkowanie. To znaczy, że nie można ich znieść nawet w przypadku sprzedaży domu. Zazwyczaj dotyczą one celu użytkowania, na przykład tego, czy w budynku można prowadzić działalność gospodarczą, takich rzeczy. W przypadku tego domu warunki są zawarte w umowie najmu, ale ponieważ należą do klauzuli restrykcyjnej, nie można ich negocjować ani zmieniać. To wyjątkowo rygorystyczna umowa.

– Czego dokładnie dotyczą te warunki?

– To w zasadzie lista nakazów i zakazów. Głównie zakazów. Nie można dokonywać w domu żadnych przeróbek bez wcześniejszego uzgodnienia ich z właścicielem. Żadnych dywanów ani chodników. Żadnych obrazów. Żadnych roślin doniczkowych. Żadnych ozdób ani książek…

– Żadnych książek? To jakiś absurd!

– Nie wolno niczego sadzić w ogrodzie ani wieszać zasłon w oknach…

– Jak mam zasłonić się przed światłem, skoro nie mogę powiesić zasłon?

– Szyby w oknach są światłoczułe. W razie potrzeby same się przyciemniają.

– A więc żadnych zasłon. Coś jeszcze?

– O tak – odpowiada Camilla, ignorując mój sarkastyczny ton. – W sumie jest około dwustu warunków. Ale największe problemy sprawia ostatni z nich.

 

PRZEDTEM: EMMA

– … Żadnych dodatkowych świateł poza tymi, które są zainstalowane – wylicza agent. – Żadnych sznurów do bielizny. Żadnych koszy na śmieci. Żadnych papierosów. Żadnych podkładek pod szklanki ani mat na stole. Żadnych poduszek, bibelotów ani mebli do samodzielnego montażu…

– To chore – stwierdza Si. – Jakim prawem może nam tego zabronić?

Zmontowanie mebli z Ikei w naszym obecnym mieszkaniu zajęło mu kilka tygodni, w związku z czym traktuje je z wyraźną dumą, jakby własnoręcznie je skonstruował, a nawet ściął drzewa, z których zostały zrobione.

– Uprzedzałem, że niełatwo będzie spełnić wszystkie warunki – rzuca agent, wzruszając ramionami.

– Skoro mowa o światłach – pytam, patrząc na sufit – to jak się je włącza?

– Nie włącza się – odpowiada agent. – Uruchamiają je ultradźwiękowe czujniki ruchu. Do tego dochodzi detektor, który dopasowuje natężenie oświetlenia do ilości światła na zewnątrz. To ta sama technologia, która w samochodach odpowiada za uruchamianie nocą reflektorów. Następnie wystarczy tylko wybrać za pomocą aplikacji tryb, jaki nam odpowiada: wydajny, relaksacyjny, do zabawy i tak dalej. Zimą oświetlenie emituje dodatkowe promienie UV, aby zapobiec objawom depresji. Działa to na podobnej zasadzie jak lampy antydepresyjne.

Widzę, że Simon jest pod tak ogromnym wrażeniem tego wszystkiego, że zakaz wstawiania mebli z Ikei nagle przestaje być dla niego problemem.

– Ogrzewanie oczywiście podłogowe – kontynuuje agent, wyczuwając, że jest na fali. – Energia cieplna pochodzi z odwiertu znajdującego się dokładnie pod domem. A we wszystkich oknach są trójwarstwowe szyby. Ten dom jest tak wydajny, że oddaje część wyprodukowanej energii do krajowej sieci energetycznej. Już nigdy więcej nie będziecie musieli płacić rachunku za ogrzewanie.

Zupełnie, jakby ktoś streszczał Simonowi film porno.

– A co z kwestiami bezpieczeństwa? – pytam ostro.

– Wszystkie zabezpieczenia stanowią jeden zintegrowany system – wyjaśnia agent. – Nie widać tego, ale na zewnętrznych ścianach jest zainstalowany alarm przeciwwłamaniowy. We wszystkich pokojach są umieszczone czujniki, te same, które odpowiadają za uruchamianie świateł. W dodatku ten system jest inteligentny. Sam uczy się tego, kim jesteście i jak wygląda wasz zwykły plan dnia, a w przypadku pojawienia się innej osoby kontaktuje się z wami, by się upewnić, czy może ona tu przebywać.

– Em! – woła mnie Simon. – Po prostu musisz zobaczyć kuchnię.

Simon spaceruje po znajdującym się z boku pomieszczeniu z kamiennym stołem. Zupełnie nie wiem, jak wpadł na to, że to jest kuchnia. Wzdłuż jednej ze ścian ciągnie się kamienna lada. Na jej końcu znajduje się coś, co wygląda mi na kran: wystająca nad kamienną powierzchnią wąska stalowa rurka. Niewielkie wgłębienie pod nią sugeruje, że może to być zlew. Na przeciwległym końcu lady widać rząd czterech małych otworów. Agent macha ręką nad jednym z nich i z wnętrza otworu natychmiast wybucha gwałtowny syczący płomień.

– Tadam! – woła agent. – Oto kuchenka. A właściciel woli określenie „refektarz” niż „kuchnia”. – Uśmiecha się szeroko, jakby chciał podkreślić, że zdaje sobie sprawę, jakie to idiotyczne.

Teraz, gdy przyglądam się uważniej, dostrzegam, że pomiędzy niektórymi panelami ściennymi biegną niewielkie rowki. Naciskam jeden z nich i kamienna płyta otwiera się z delikatnym pneumatycznym syknięciem. Za nią znajduje się bardzo mała szafka kuchenna.

– Pokażę wam teraz górę – mówi agent.

Schody to wbudowane w ścianę i niczym nieograniczone kamienne stopnie.

– Oczywiście nie jest to zbyt bezpieczne miejsce dla dzieci – stwierdza, prowadząc nas na górę. – Lepiej uważajcie.

– Niech zgadnę – mówi Simon. – Poręcze i bramki ochronne na schody też są na liście rzeczy zakazanych?

– No i zwierzęta – dodaje.

Sypialnia wygląda tak samo ascetycznie jak reszta domu. Łóżko – a w zasadzie cokół z jasnego kamienia ze zwiniętym materacem typu futon – jest wbudowane w ścianę, a łazienka wcale nie jest zamknięta, lecz jedynie ukryta za kolejną ścianą. Jednak podczas gdy pustkę panującą na dole można odebrać jako chłodną i przytłaczającą, piętro wydaje się zaciszne, wręcz przytulne.

– To miejsce przypomina luksusową celę więzienną – komentuje Simon.

– Jak już mówiłem, ten dom nie każdemu przypada do gustu – odpowiada agent. – To oferta dla szczególnego typu klienta…

Simon naciska ścianę przy łóżku i otwiera się kolejny panel. Za nim kryje się szafa. Starczy w niej miejsca ledwie na kilkanaście sztuk ubrań.

– Według jednej z reguł nic nigdy nie może leżeć na podłodze – śpieszy z wyjaśnieniem agent. – Wszystko należy odłożyć na miejsce.

– Skąd ten ktoś będzie wiedział, gdzie leżą nasze ubrania? – Simon marszczy brwi.

– W umowie zapisana jest zgoda na regularne inspekcje. Poza tym, jeśli któraś z zasad zostanie złamana, sprzątaczka musi poinformować o tym firmę administrującą budynkiem.

– Bez jaj – mówi Simon. – Jakbym znowu znalazł się w szkole. Nikt mi nie będzie mówił, czy mam zbierać z podłogi swoje brudne koszule czy nie.

Nagle zdaję sobie sprawę, że od kiedy weszłam do tego domu, nie miałam ani jednego ataku paniki i ani razu nie myślałam o tym, co mi się przydarzyło. Wnętrze jest do tego stopnia odcięte od zewnętrznego świata, tak odizolowane, że czuję się w nim całkowicie bezpieczna. Przypomina mi się cytat z mojego ulubionego filmu: „Tam od razu się uspokajam, to takie ciche i dostojne miejsce. U Tiffany’ego nic ci nie grozi”*.

– Mieszkanie jest niesamowite – ciągnie Simon. – I gdyby nie te wszystkie warunki, pewnie bylibyśmy nim zainteresowani. Ale straszni z nas bałaganiarze. Sypialnia po stronie Em wygląda jak po wybuchu bomby w sklepie odzieżowym French Connection.

– Cóż, w takim razie… – Agent kiwa głową.

– Podoba mi się tu – wchodzę mu w słowo.

– Naprawdę? – Simon wygląda na zaskoczonego.

– Jest tu inaczej, ale… wydaje się, że to ma sens, prawda? Jeśli ktoś buduje tak niesamowity dom, to chyba zrozumiałe, że chce, aby jego mieszkańcy przestrzegali pewnych reguł i by korzystali z niego zgodnie z jego przeznaczeniem. W przeciwnym razie po co byłoby projektować coś takiego? Zresztą dom jest fantastyczny. Nigdy nie widziałam niczego podobnego, nawet w czasopismach. Chyba możemy zadbać o porządek, jeśli taka jest cena zamieszkania tutaj, prawda?

– Cóż… tak – mówi niepewnie Simon.

– Tobie też się tu podoba? – pytam.

– Jeśli tylko tobie się podoba, to mnie też.

– Ale czy naprawdę ci się tu podoba? To będzie dla nas ogromna zmiana. Nie chcę, żebyśmy się w to pakowali, jeśli naprawdę nie zależy ci na tym miejscu.

Agent przysłuchuje się naszej dyskusji z rosnącym rozbawieniem. Ale z nami zawsze tak jest. Najpierw ja rzucam jakiś pomysł, potem Simon się nad nim zastanawia, ale ostatecznie i tak się zgadza.

– Masz rację, Em – mówi powoli. – To miejsce jest o wiele lepsze od każdego innego, na jakie będzie nas stać. A skoro chcemy zacząć wszystko od nowa, to chyba lepiej zrobić to w całkiem nowym otoczeniu, niż przeprowadzać się do kolejnego standardowego mieszkania z jedną sypialnią, tak czy nie?

Odwraca się do agenta.

– Więc jaki jest kolejny krok? – pyta.

– Ach – wzdycha agent. – I tu właśnie zaczynają się schody.

* T. Capote, Śniadanie u Tiffany’ego, tłum. R. Śmietana, Kraków 2004, s. 33 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

 

TERAZ: JANE

– Przepraszam, jaki jest ostateczny warunek?

– Zdziwiłabyś się, ilu ludzi chce tutaj mieszkać, pomimo tych wszystkich ograniczeń. Ale ostatnia przeszkoda jest taka, że architekt ma prawo weta. W praktyce oznacza to, że musi sam zaakceptować nowego lokatora.

– Znaczy się… osobiście?

– Jeśli w ogóle dotrzesz do tego etapu. – Camilla kiwa głową. – Najpierw trzeba wypełnić długi formularz zgłoszeniowy. I oczywiście musisz podpisać oświadczenie, że zapoznałaś się ze wszystkimi regułami i że je rozumiesz. Jeśli przejdziesz pomyślnie ten etap, zostaniesz zaproszona na rozmowę z właścicielem bez względu na to, w jakim zakątku świata akurat przebywa. W ostatnich kilku latach była to Japonia, budował drapacz chmur w Tokio. Ale teraz wrócił do Londynu. Zazwyczaj jednak nie zaszczyca nikogo rozmową. Dostajemy od niego tylko e-mail z informacją, że podanie zostało odrzucone. Bez słowa wyjaśnienia.

– A podania jakiego rodzaju ludzi zyskują akceptację?

Camilla wzrusza ramionami.

– Nawet u nas w biurze nikt nie potrafi dostrzec wyraźnego schematu. Chociaż zauważyliśmy, że studenci architektury nie mają najmniejszych szans. A już z pewnością nie trzeba wcześniej mieszkać w podobnym miejscu. Powiedziałabym nawet, że to mogłoby działać na twoją niekorzyść. Poza tym wiem nie więcej niż ty.

Rozglądam się dookoła. Zastanawiam się, na jakim lokatorze by mi zależało, gdybym sama wybudowała ten dom. W jaki sposób tylko na podstawie podania wybrałabym konkretną osobę?

– Uczciwość – mówię cicho.

– Słucham? – Camilla przygląda mi się zdziwiona.

– Chodzi o to, że ten dom nie tylko wygląda ładnie. Przede wszystkim widać po nim, jakiego wymagał zaangażowania. To znaczy jest bezkompromisowy, pod pewnymi względami nawet nieco okrutny. Ale widać, że to dzieło kogoś, kto włożył wszystko, całą swoją pasję, w stworzenie czegoś, co wygląda w stu procentach tak, jak sobie to zamierzył. Może to zabrzmi pretensjonalnie, ale ten dom ma w sobie jakąś uczciwość. I wydaje mi się, że właściciel szuka ludzi, którzy są gotowi tak samo uczciwie traktować zasady życia w tym domu.

Camilla znów wzrusza ramionami.

– Może masz rację. – Ton jej głosu sugeruje, że w to wątpi. – To jak, chcesz spróbować?

Z natury należę do ostrożnych osób. Rzadko podejmuję decyzje bez zastanowienia, zwykle rozważam różne możliwości, staram się przewidzieć konsekwencje, analizuję wszystkie za i przeciw. Sama więc jestem nieco zaskoczona, gdy mówię:

– Tak. Zdecydowanie.

– Dobrze. – Camilla wcale nie wygląda na zdziwioną. W końcu kto nie chciałby zamieszkać w takim domu jak ten? – Wróćmy zatem do biura. Znajdę dla ciebie wszystkie potrzebne dokumenty aplikacyjne.

 

PRZEDTEM: EMMA

  1. Zrób listę wszystkich rzeczy, które uważasz za niezbędne w swoim życiu.

Podnoszę długopis, po czym znów go odkładam. Sporządzenie listy wszystkich rzeczy, które chcę ze sobą zabrać, zajmie mi całą noc. Ale zastanawiam się nad tym chwilę dłużej i mój wzrok przykuwa słowo „niezbędne”. Co tak naprawdę jest niezbędne? Moje ubrania? Od włamania chodzę prawie cały czas w dwóch parach dżinsów na zmianę i starym powyciąganym swetrze. Oczywiście chciałabym wziąć ze sobą trochę sukienek i spódnic, kilka ładnych żakietów, trochę butów. Nic więcej poza tym, za czym bym szczególnie tęskniła. Nasze zdjęcia? Wszystkie są zarchiwizowane w postaci cyfrowej. Kilka w miarę przyzwoitych sztuk biżuterii ukradli mi włamywacze. Meble? Nie mamy nic takiego, co w domu przy Folgate Street 1 nie prezentowałoby się tandetnie i nie było zupełnie nie na miejscu.

Dociera do mnie, że to pytanie zostało sformułowane w ten sposób celowo. Gdyby kazano mi zrobić listę rzeczy, bez których mogłabym się obejść, nigdy nie dałabym rady jej przygotować. Ale kiedy w mojej głowie zasiano myśl, że nic z tego, co mam, wcale nie jest ważne, zaczynam się zastanawiać, czy nie mogłabym po prostu pozbyć się wszystkich swoich rzeczy niczym starej skóry.

Może właśnie na tym polega prawdziwy cel „Reguł”, jak już zdążyliśmy je nazwać. Może wcale nie chodzi o to, że architekt jest uwielbiającym kontrolować wszystkich świrem, który nie lubi, gdy ktoś bałagani w jego ślicznym domu. Może to jakiś rodzaj eksperymentu. Eksperymentu z życia.

W takim razie ja i Si bylibyśmy jego królikami doświadczalnymi. Ale szczerze mówiąc, nie przeszkadza mi to. Szczerze mówiąc, chcę zmienić to, kim jestem – kim jesteśmy – a wiem, że nie zdołam tego zrobić bez odrobiny pomocy.

Zwłaszcza zmienić tego, kim jesteśmy.

Jestem razem z Simonem od czternastu miesięcy, od wesela Saula i Amandy. Znałam ich oboje z pracy, ale byli ode mnie trochę starsi i poza nimi nie kojarzyłam tam zbyt wielu osób. Simon tymczasem był drużbą Saula, wesele okazało się piękne i romantyczne, a między nami dwojgiem od razu coś zaiskrzyło. Od wspólnego picia i rozmowy przeszliśmy do fazy wolnych tańców, a w końcu wymieniliśmy się numerami telefonów. A potem odkryliśmy, że obydwoje nocujemy w tym samym pensjonacie, i tak od słowa do słowa… Na drugi dzień pomyślałam sobie: „Co ja najlepszego zrobiłam?”. Uznałam to za kolejną jednorazową przygodę i postanowiłam już nigdy więcej się z nim nie spotkać, a w ogóle czułam się jak skończona szmata. Ale stało się zupełnie inaczej, niż zakładałam. Si zadzwonił do mnie zaraz po powrocie do domu, a potem znów kolejnego dnia i pod koniec tygodnia byliśmy już parą, zresztą ku wielkiemu zdumieniu naszych przyjaciół. A zwłaszcza jego przyjaciół. Si pracuje w imprezowym środowisku pełnym macho, w którym posiadanie dziewczyny na stałe jest uważane niemal za skazę na męskim honorze. W czasopiśmie, do którego pisze Si, dziewczyny są nazywane „laseczkami”, „towarami” albo „ślicznotkami”. A kolejne strony wypełniają zdjęcia modelek ubranych tylko w majtki i biustonosze, choć artykuły dotyczą głównie gadżetów i nowych technologii. Jeśli, dajmy na to, pojawia się recenzja telefonu komórkowego, to ilustruje ją zdjęcie telefonu trzymanego przez dziewczynę w samej bieliźnie. Jeśli tekst dotyczy laptopów, to modelka na zdjęciu w dalszym ciągu ma na sobie jedynie bieliznę, do tego okulary i stuka w klawiaturę. Jeśli zaś tematem artykułu jest bielizna, to modelka prezentuje się całkiem nago, a majtki trzyma w ręce, jakby właśnie je zdjęła. Za każdym razem gdy redakcja urządza imprezę, modelki zjawiają się na niej w takich mniej więcej strojach, jakie miały na zdjęciach w czasopiśmie, a fotki z balangi zazwyczaj trafiają do najnowszego numeru. To w żadnym razie nie są moje klimaty i jak oznajmił mi Simon na samym początku znajomości, jego też nie. Między innymi dlatego mnie polubił, że – jak powiedział – w niczym nie przypominałam mu wszystkich tych dziewczyn, ponieważ byłam „prawdziwa”.

Kiedy poznajesz kogoś na weselu, początek waszego związku nabiera ogromnego przyśpieszenia. W ciągu pierwszych kilku tygodni, od kiedy zaczęliśmy się umawiać, Simon poprosił mnie, żebym się do niego wprowadziła. To też było zaskakujące dla wielu osób – zazwyczaj to dziewczyna naciska w tej kwestii na faceta, ponieważ albo chce wyjść za niego za mąż, albo po prostu przenieść związek na nowy poziom. My jednak zawsze wszystko robimy na odwrót. Może dzieje się tak dlatego, że Simon jest ode mnie nieco starszy. Stale powtarza, że gdy tylko mnie zobaczył, wiedział, że jestem tą jedyną. Spodobało mi się w nim to, że wiedział, czego chce, a chciał właśnie mnie. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, by spytać samą siebie, czy chcę tego samego co on i czy Simon znaczy dla mnie tyle samo, ile ja dla niego. Tymczasem ostatnio, po włamaniu oraz postanowieniu o wyprowadzce z jego starego mieszkania i znalezieniu razem czegoś nowego, zaczęłam zdawać sobie sprawę, że najwyższy czas, abym w końcu podjęła jakąś decyzję. Życie jest zbyt krótkie, by spędzić je w związku z niewłaściwą osobą.

O ile Si rzeczywiście jest niewłaściwą osobą.

Rozmyślam nad tym dłuższą chwilę, nieświadomie gryząc końcówkę długopisu, aż w ustach mam pełno ostrych plastikowych wiórów. Wiem, to zły nawyk, podobnie jak obgryzanie paznokci. Może uda mi się skończyć i z jednym, i z drugim, gdy zamieszkam przy Folgate Street 1. Może ten dom uczyni mnie lepszym człowiekiem. Może zaprowadzi porządek i dyscyplinę w moim pogrążonym w chaosie życiu. I wreszcie stanę się osobą, która wyznacza sobie cele, tworzy listy rzeczy do zrobienia i potrafi doprowadzić wszystko do końca.

Wracam do formularza. Zamierzam odpowiedzieć na to pytanie najkrócej, jak tylko się da, żeby udowodnić właścicielowi domu, że rozumiem, o co mu chodzi i co próbuje w ten sposób osiągnąć.

I nagle zdaję sobie sprawę, jak powinna brzmieć moja odpowiedź.

Przeznaczone na nią pole zostawiam kompletnie puste. Tak doskonale puste jak wnętrze domu przy Folgate Street 1.

Później pokazuję formularz Simonowi i wyjaśniam, dlaczego tak zrobiłam.

– Ale co z moimi rzeczami, Em? Co z Kolekcją?

„Kolekcja” to szumne określenie zbieraniny rozmaitych pamiątek z NASA, które Simon skrupulatnie gromadził przez lata i trzymał głównie w pudłach pod łóżkiem.

– Może oddamy ją na przechowanie do magazynu – proponuję, na poły rozbawiona tym, że naprawdę dyskutujemy, czy kilka kupionych na eBayu rupieci z podpisami Buzza Aldrina i Jacka Schmitta powstrzyma nas przed zamieszkaniem w najbardziej niewiarygodnym domu, jaki widzieliśmy, na poły zaś oburzona, że Simon autentycznie uważa, że jego astronauci są ważniejsi od tego, co mi się przydarzyło. – Zawsze powtarzałeś, że chcesz znaleźć dla Kolekcji jakieś odpowiednie miejsce.

– Boks w jakimś magazynie to nie do końca to, o co mi chodziło, kochanie – odpowiada.

– Si, ale to tylko rzeczy – przekonuję go. – A rzeczy tak naprawdę nie mają znaczenia, prawda?

Wyczuwam, że w powietrzu wisi nowa awantura, powoli ogarnia mnie dobrze mi znana wściekłość. „Po raz kolejny – mam ochotę wykrzyczeć – dajesz mi do zrozumienia, że zamierzasz w końcu coś zrobić, a gdy przychodzi co do czego, próbujesz wycofać się rakiem!”

Oczywiście nie mówię tego. Taki wybuch gniewu nie jest w moim stylu.

Carol, terapeutka, do której chodzę od czasu włamania, twierdzi, że gniew to dobry znak. Oznacza, że jestem niezłomna czy coś w tym stylu. Niestety mój gniew jest nakierowany wyłącznie na Simona. Rzekomo to też normalne. Ci, którzy są nam najbliżsi, odczuwają go najmocniej.

– Dobra, dobra – mówi szybko Simon. – Kolekcja trafi do magazynu. Ale mogą być jeszcze inne rzeczy…

Zamierzam jednak strzec tej cudownie pustej przestrzeni, jaką pozostawiłam w miejscu na odpowiedź.

– Zostawmy wszystko – rzucam ze zniecierpliwieniem w głosie. – Zacznijmy od nowa. Wyobraźmy sobie, że lecimy na wakacje i linie lotnicze żądają jakichś kosmicznych dopłat za bagaż, dobrze?

– Dobrze – odpowiada Simon.

Ale czuję, że mówi to tylko po to, żebym nie wpadła w szał. Podchodzi do zlewu i ostentacyjnie zaczyna zmywać brudne kubki i talerze, które tam naskładałam. Wiem, że jego zdaniem nie jestem do tego zdolna, że brakuje mi dyscypliny, by żyć w uporządkowany sposób. Ciągle słyszę, że wytwarzam wokół siebie chaos. Przesadzam w jedną lub w drugą stronę. Ale właśnie dlatego chcę to zrobić. Chcę wymyślić siebie na nowo. A to, że towarzyszy mi w tym ktoś, kto uważa, że mnie zna i że się do tego nie nadaję, potwornie mnie wkurza.

– Poza tym wydaje mi się, że będę tam wreszcie mogła pisać – dodaję. – W takim spokojnym otoczeniu. Od dawna zachęcałeś mnie do napisania książki.

Simon mruczy coś bez przekonania.

– Albo zacznę prowadzić blog – mówię.

Rozważam ten pomysł pod każdym możliwym kątem. Blog to byłoby naprawdę coś fajnego. Mogłabym go nazwać Minimalistyczna ja albo Moja minimalistyczna podróż. Albo jeszcze prościej: Mini Miss.

Na myśl o tym ogarnia mnie lekka ekscytacja. Zastanawiam się, ilu czytelników mógłby mieć blog o minimalistycznym trybie życia. Może nawet zyskam jakichś reklamodawców, rzucę normalną pracę, a na podstawie bloga napiszę bestsellerowy poradnik. Emma Matthews, Księżniczka z Krainy Nic.

– Chcesz więc zlikwidować pozostałe blogi, które ci założyłem? – pyta Simon, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że według niego nie traktuję tego poważnie. To prawda, że Londyńska dziewczyna zyskała tylko osiemdziesięciu czterech czytelników, a Chick Lit Chick zaledwie osiemnastu, ale tak naprawdę nigdy nie miałam czasu, by pisać więcej tekstów na te blogi.

Przewracam kolejną stronę formularza. Dopiero pierwsze pytanie, a my już się kłócimy. Zostały jeszcze tylko trzydzieści cztery.

 

TERAZ: JANE

Przeglądam formularz, który mam wypełnić. Niektóre pytania brzmią wyjątkowo dziwnie. Rozumiem, że to, które rzeczy zamierzam ze sobą zabrać albo co chciałabym zmienić w wyposażeniu czy instalacjach mieszkania, nie jest bez znaczenia, ale co z takimi pytaniami jak:

„23. Czy poświęciłabyś swoje życie, aby uratować dziesięciu obcych sobie ludzi?”,

„24. A dziesięć tysięcy?”,

„25. Czy grubi ludzie wywołują u Ciebie: a) smutek; b) irytację?”?

Miałam rację, gdy użyłam w odniesieniu do tego mieszkania słowa „uczciwość”. Te pytania pochodzą z jakiegoś testu psychometrycznego. Jednak słowo „uczciwość” nie należy do codziennego języka agentów nieruchomości. Nic więc dziwnego, że Camilla wyglądała na tak bardzo speszoną.

Przed wypełnianiem dokumentów wpisuję w Google’a „Monkford Partnership”. Pierwszy link odsyła do oficjalnej strony internetowej firmy. Klikam w niego i na ekranie pojawia się zdjęcie gołej ściany. To bardzo piękna ściana, z jasnego drobnoziarnistego kamienia, jednak niewiele można się z niej dowiedzieć.

Klikam po raz kolejny i wyświetlają się dwa słowa:

REALIZACJE

KONTAKT

Gdy wybieram „Realizacje”, na ekranie rozwija się lista:

DRAPACZ CHMUR, TOKIO

BUDYNEK MONKFORD, LONDYN

WANDERER CAMPUS, SEATTLE

DOMEK NA PLAŻY, MINORKA

KAPLICA, BRUGIA

CZARNY DOM, INVERNESS

FOLGATE STREET 1, LONDYN

Po kliknięciu na każdą z nazw wyświetlają się fotografie – nie ma żadnych opisów, tylko same zdjęcia. Wszystkie budynki są całkowicie minimalistyczne. Każdy jest zbudowany z jednakową troską o detale i z takich samych wysokiej jakości materiałów jak dom przy Folgate Street. Na fotografiach nie widać żadnych osób ani niczego, co wskazywałoby na jakąkolwiek ludzką obecność. Kaplica i domek na plaży wyglądają niemal identycznie: to surowe sześciany z jasnego kamienia i tafli szkła. Różnią się tylko widokami roztaczającymi się z okien.

Wchodzę na Wikipedię.

Edward Monkford (ur. 1980) – brytyjski technoarchitekt kojarzony z estetyką minimalizmu. W 2005 roku wspólnie z technologiem baz danych Davidem Thielem i dwoma innymi osobami założył firmę Monkford Partnership. Są oni pionierami rozwoju domotyki, czyli systemu inteligentnego zarządzania domem, dzięki któremu dom lub budynek staje się zintegrowanym organizmem pozbawionym nadmiernie rozbudowanych i niepotrzebnych elementów[1].

Co rzadko spotykane, firma Monkford Partnership zajmuje się realizacją tylko jednego zlecenia w danym czasie, dlatego jej dorobek jest jak dotąd niewielki. Obecnie pracuje ona nad swym dotychczas najbardziej ambitnym projektem: New Austell, ekomiastem na dziesięć tysięcy domów w Kornwalii Północnej[2].

Przewijam w dół listę nagród. „The Architectural Review” nazwał Monkforda „niesfornym geniuszem”, a magazyn „Smithsonian” określił go mianem „najbardziej wpływowej postaci brytyjskiej architektury […]. Skrytym innowatorem, którego prace są równie powściągliwe, jak głębokie”.

Przeskakuję do sekcji „Życie prywatne”.

W 2006 roku, kiedy jeszcze był nieznany, Monkford poślubił Elizabeth Mancari, swoją wspólniczkę z Monkford Partnership. Mieli jednego syna Maksa, który przyszedł na świat w 2007 roku. Matka i dziecko zginęli w wypadku podczas budowy domu przy Folgate Street 1 (2008–2011), który miał im służyć jako dom rodzinny, jak również stanowić modelowy przykład umiejętności architektonicznych nowo założonej firmy[3]. Niektórzy komentatorzy[JACY?] wskazywali na to, że ta tragedia oraz późniejszy długi urlop Edwarda Monkforda w Japonii wywarły olbrzymi wpływ na ukształtowanie jego ascetycznego, mocno minimalistycznego stylu, który następnie rozsławił jego firmę na świecie.

Po powrocie z urlopu Monkford porzucił pierwotną koncepcję domu przy Folgate Street 1 – wówczas wciąż jeszcze był tam plac budowy[4] – i zaprojektował go od zera. Powstały budynek uhonorowano kilkoma ważnymi nagrodami, w tym Stirling Prize przyznaną przez Królewski Instytut Architektów Brytyjskich[5].

Czytam te słowa raz jeszcze. A więc historia tego domu zaczęła się od śmierci. A w zasadzie od śmierci dwóch osób. Podwójna strata. Czy to dlatego czuję się w nim jak u siebie? Czy istnieje jakiś rodzaj więzi pomiędzy tymi surowymi wnętrzami a moim poczuciem straty?

Odruchowo zerkam na walizkę stojącą pod oknem. Walizkę pełną dziecięcych ubranek.

Moje dziecko umarło. Moje dziecko umarło, a trzy dni później je urodziłam. Nienaturalność tej sytuacji, okropność, jaka kryje się za odwróceniem zwykłego porządku rzeczy, wciąż jeszcze boli mnie bardziej niż wszystko inne.

Doktor Gifford, niewiele starszy ode mnie ginekolog-położnik, spojrzał mi w oczy i wyjaśnił, że muszę urodzić dziecko w sposób naturalny. Ryzyko infekcji oraz innych komplikacji, a także fakt, że cesarskie cięcie to poważna operacja, wpłynęły na to, iż (zgodnie z polityką szpitala) nie mogli oferować cesarki pacjentkom w przypadku śmierci wewnątrzmacicznej płodu. „Oferować” – użył dokładnie tego słowa, jakby urodzenie dziecka, nawet martwego, przez cesarskie cięcie było czymś w rodzaju darmowego kosza owoców serwowanego na powitanie gościom w hotelu. Lekarz powiedział mi, że wywołają u mnie skurcze porodowe, i zapewnił, że postarają się, by wszystko przebiegło tak szybko i bezboleśnie, jak to tylko możliwe.

„Ale ja wcale nie chcę, żeby było bezboleśnie – pomyślałam. – Chcę, żeby mnie bolało, a skutkiem tego cierpienia ma być żywe dziecko”. Zaczęłam się zastanawiać, czy doktor Gifford ma dzieci. Doszłam do wniosku, że musi mieć. Lekarze żenią się młodo, zazwyczaj z lekarkami, a on wydawał się zdecydowanie zbyt miły, by nie mieć rodziny. Pewnie wróci dziś do domu i wieczorem, popijając piwo przed kolacją, opowie swojej żonie, jak upłynął mu dzień, użyje takich określeń jak „śmierć wewnątrzmaciczna”, „urodzone w terminie”, a może nawet doda, że jest „nieco przygnębiony”. A potem jego córeczka pokaże mu rysunek, który zrobiła w szkole, a on pocałuje ją i powie jej, że jest cudowna.

Już pełne napięcia twarze personelu medycznego zdradziły mi, że moja sytuacja należy do naprawdę strasznych i rzadkich. Ale podczas gdy oni mogli szukać pewnej ucieczki w swoich obowiązkach, mnie pozostawało jedynie przytłaczające, otępiające poczucie porażki. Gdy podpięli mnie do kroplówki z hormonami, gdzieś z głębi oddziału położniczego dobiegły mnie krzyki rodzącej. Z tym że ta kobieta wyjdzie stąd z dzieckiem, a nie ze skierowaniem do psychoterapeuty. Macierzyństwo. Kolejne dziwne słowo, jeśli się nad nim zastanowić. Czy ja w ogóle będę matką, czy też istnieje jakieś inne określenie na to, kim mam się stać? Już słyszałam, jak w odniesieniu do mnie mówili o stanie „popołogowym” zamiast „poporodowym”.

Ktoś zapytał mnie o ojca dziecka, a ja pokręciłam głową. Żadnego ojca, którego należałoby powiadomić. Tylko moja przyjaciółka Mia siedząca przy mnie, pobladła ze strachu i niepokoju, gdy wszystkie nasze starannie obmyślane plany porodowe – świece zapachowe, basen i iPod załadowany muzyką Bacha i piosenkami Jacka Johnsona – wzięły w łeb w obliczu gorączkowej krzątaniny lekarzy i pielęgniarek wokół mojego łóżka. Nikt nawet nie wspomniał o tych planach, jakby należały do złudnego przekonania, że wszystko jest w porządku, mnie nic nie grozi, a urodzenie dziecka to proces tylko nieco bardziej wymagający od odnowy w spa lub szczególnie intensywnego masażu, a nie śmiertelnie niebezpieczny, nader często kończący się tak jak w moim przypadku. Jeden przypadek na dwieście, jak powiedział doktor Gifford. W jednej trzeciej takich przypadków nie udaje się określić przyczyn. To, że byłam zdrowa i w dobrej kondycji – przed ciążą codziennie ćwiczyłam pilates i co najmniej raz w tygodniu biegałam – nie ma tu żadnego znaczenia. Ani tym bardziej mój wiek. Niektóre dzieci po prostu umierają. Pozostanę bezdzietna, a mała Isabel Margaret Cavendish nigdy nie będzie mieć matki. Jej życie nigdy nie nastąpi. Gdy pojawiły się skurcze, zaczerpnęłam haust gazu wymieszanego z powietrzem, a mój umysł wypełnił się potwornymi wizjami. Zaroiło się w nim od wynaturzonych istot pływających w wiktoriańskich słojach z formaldehydem. Wrzeszczałam i napinałam mięśnie, choć położna powtarzała mi, że jeszcze nie pora.

Ale po wszystkim, gdy już urodziłam – lub raczej uśmierciłam – swoje dziecko, ogarnął mnie dziwny spokój. Widocznie do głosu doszły hormony, ta sama mieszanka miłości, szczęścia i ulgi, którą odczuwa każda świeżo upieczona matka. Isabel była cudowna, cicha, a ja trzymałam ją w ramionach i przemawiałam do niej pieszczotliwie jak każda inna matka do swojej małej córeczki. Pachniała wydzielinami ciała, płynami ustrojowymi i słodką, świeżą skórą. Jej ciepła, mała piąstka była zawinięta wokół mojego palca jak piąstka każdego innego noworodka. A ja czułam… radość.

Położna zabrała ją, aby zrobić odlewy jej rączek i stóp do mojego pudełka pamięci. Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z tym określeniem, więc musiała mi wyjaśnić, o co chodzi. Otóż miałam dostać pudełko po butach zawierające ścinek włosów Isabel, kawałek tkaniny, którym była owinięta, kilka fotografii oraz gipsowe odlewy. Przypominało to małą trumienkę z pamiątkami po osobie, która nigdy tak naprawdę nie istniała. Gdy położna przyniosła gipsowe odlewy, wyglądały jak jakiś projekt plastyczny dla przedszkolaków. Różowy gips na rączki, niebieski na stopy. Dopiero wtedy w końcu zaczęło do mnie docierać, że nie będzie żadnych projektów plastycznych, żadnych rysunków na ścianach, wybierania szkół, wyrastania ze szkolnych mundurków. Straciłam nie tylko małe dziecko, ale także dziewczynkę, nastolatkę, kobietę.

Jej stópki i całe ciało były teraz zimne. Gdy pod kranem w swoim pokoju zmyłam z jej paluszków resztki gipsu, spytałam położną, czy mogę zabrać ją ze sobą na jakiś czas do domu. Położna popatrzyła na mnie nieufnie i stwierdziła, że to byłoby jednak trochę dziwne. Ale tu, w szpitalu, mogę trzymać ją w ramionach tak długo, jak tylko zechcę. Odparłam, że jestem już gotowa i mogą ją ode mnie zabrać.

Gdy chwilę później wpatrywałam się przez łzy w szare londyńskie niebo, miałam poczucie, jakby coś mi amputowano. Po powrocie do domu dziki gniew ustąpił miejsca odrętwieniu. Gdy przyjaciele rozmawiali ze mną wzruszonymi i pełnymi współczucia głosami o mojej stracie, miałam wrażenie, jakby mówili o mojej porażce. Niezwykle trafne w swej potworności skojarzenie. Inne kobiety wygrały, wyszły zwycięsko ze starcia z naturą i genetyką. A ja nie. Choć zawsze byłam taka ambitna, skuteczna i osiągałam sukcesy, tym razem poniosłam klęskę. I jak się przekonałam, żałoba wcale nie różni się tak bardzo od poczucia przegranej.

O dziwo jednak, wszystko w zasadzie wróciło do poprzedniego stanu – przynajmniej z pozoru. Do czasu sprzed krótkiego, kulturalnego romansu z moim odpowiednikiem z biura w Genewie, rozgrywającego się w hotelowych pokojach i nijakich restauracjach. Do czasu sprzed poranków wypełnionych wymiotowaniem i początkowo przerażającej świadomości, że może wcale nie byliśmy tak ostrożni, jak nam się wydawało. Do czasu sprzed trudnych rozmów telefonicznych, e-maili i jego delikatnych aluzji dotyczących konieczności „podjęcia decyzji”, „załatwienia sprawy”, „nieodpowiedniego momentu”. Do czasu sprzed stopniowo rosnącego przekonania, że moment jest jak najbardziej odpowiedni i choć romans, w który się wplątałam, nie prowadzi do żadnego długotrwałego związku, cała ta sytuacja stwarza mnie, niezamężnej trzydziestoczterolatce, pewną szansę. Moje zarobki spokojnie wystarczały dla dwojga, a firma PR-owska, w której pracowałam, chlubiła się swoimi udogodnieniami i świadczeniami dla młodych matek. Nie tylko mogłabym wziąć prawie cały rok wolnego, by spędzić go z dzieckiem, ale także po powrocie z urlopu miałam zagwarantowane elastyczne godziny pracy.

Moi zwierzchnicy okazali mi nie mniejsze wsparcie, gdy powiedziałam im o urodzeniu martwego dziecka, i zaproponowali bezterminowe zwolnienie lekarskie. Zresztą i tak już znaleźli kogoś na zastępstwo na czas mojego urlopu macierzyńskiego. Siedziałam więc sama w mieszkaniu starannie przygotowanym na pojawienie się dziecka – stało w nim łóżeczko, najbardziej wypasiony wózek dziecięcy Bugaboo, a na jednej ścianie w sypialni widniał ręcznie malowany wzorek z cyrkowymi motywami. Pierwszy miesiąc spędziłam na wyciskaniu z piersi mleka, które wylewałam do zlewu.

Pracownicy rozmaitych urzędów starali się być mili, ale sama biurokracja była dla mnie bezlitosna. Odkryłam, że prawo nie przewiduje żadnego świadczenia z tytułu urodzenia martwego dziecka. Kobieta w mojej sytuacji musi jednocześnie zgłosić jego zgon i narodziny – wciąż ogarnia mnie złość na myśl o tym urzędniczym okrucieństwie. Odbył się też pogrzeb – to kolejny wymóg prawny, mnie samej również bardzo zależało na pogrzebie. Ciężko było wygłosić mowę pogrzebową nad grobem kogoś, kto nie przeżył na tym świecie ani sekundy, ale się staraliśmy.

Zaoferowano mi pomoc psychologa. Przyjęłam ją, choć w głębi duszy wiedziałam, że to i tak nic nie da. Przede mną wznosiła się ogromna góra cierpienia i żadne gadanie nie było w stanie pomóc mi się na nią wspiąć. Musiałam się zabrać do pracy. Gdy w końcu stało się jasne, że przez najbliższy rok nie mogę wrócić na swoje dawne stanowisko – najwyraźniej nie można zwolnić kogoś zatrudnionego na zastępstwo, takiej osobie przysługują te same prawa co każdemu innemu pracownikowi – odeszłam z firmy i zaczęłam pracować na pół etatu dla organizacji charytatywnej wspierającej badania nad umieralnością płodów. Oznaczało to, że nie było mnie już stać na utrzymanie mieszkania, choć i tak zamierzałam się wyprowadzić. Mogłam się pozbyć łóżeczka i dziecięcej tapety, ale to wciąż był dom, w którym brakowało Isabel.

 

PRZEDTEM: EMMA

Coś mnie budzi.

Od razu wiem, że to nie jacyś pijani pod budką z kebabem ani bójka na ulicy, ani helikopter policyjny, ponieważ do tych odgłosów jestem już tak przyzwyczajona, że prawie nie zwracam na nie uwagi. Podnoszę głowę i nasłuchuję. Stłumiony łoskot, potem kolejny.

Ktoś chodzi po mieszkaniu.

W okolicy doszło ostatnio do kilku włamań i przez chwilę czuję, jak żołądek zaciska mi się w ciasny supeł. Nagle coś sobie przypominam. Simon wyszedł dziś z kumplami na piwo, a ja położyłam się spać, nie czekając na jego powrót. Sądząc po tych hałasach, pewnie za dużo wypił. Mam tylko nadzieję, że weźmie prysznic, zanim przyjdzie do łóżka.

Po dźwiękach dobiegających z ulicy, a raczej po ich braku, domyślam się, jak może być późno. Nie słychać warkotu samochodów ruszających na światłach na skrzyżowaniu. Ani trzasku drzwiczek zamykanych pod budką z kebabem. Odnajduję telefon i zerkam na wyświetlacz. Nie mam szkieł kontaktowych, ale widzę, że zegar wskazuje 2.41.

Si idzie wzdłuż korytarza, ale jest tak pijany, że nie pamięta o skrzypiącej podłodze koło łazienki.

– W porządku! – wołam do niego. – Nie śpię!

Kroki zatrzymują się pod drzwiami sypialni. Aby pokazać mu, że nie jestem na niego zła, dodaję:

– Wiem, że jesteś pijany.

Niewyraźne głosy. Szepty.

To znaczy, że przyprowadził kogoś ze sobą. Jakiegoś zalanego kumpla, który spóźnił się na ostatni pociąg podmiejski. To akurat jest wkurzające. Jutro czeka mnie ciężki dzień – a właściwie to już dzisiaj – i nie zamierzam robić śniadania jego skacowanym kolegom z pracy. Chociaż wiem, że gdy przyjdzie co do czego, Simon będzie czarujący i zabawny, będzie nazywał mnie ślicznotką i opowiadał, jak to niemal zostałam modelką i że jest najszczęśliwszym facetem na świecie, a ja ostatecznie mu ulegnę i znów spóźnię się do pracy.

– Do zobaczenia rano! – wołam nieco rozzłoszczona.

Pewnie zaraz włączą xboksa.

Ale kroki się nie oddalają.

Poirytowana wstaję z łóżka – jestem dość przyzwoicie ubrana, na wypadek gdyby Simon był z kumplem: mam na sobie stary T-shirt i bokserki – i otwieram drzwi.

Nie jestem jednak tak szybka jak stojąca po drugiej stronie postać w ciemnym ubraniu i kominiarce na głowie. Napastnik mocnym, gwałtownym ruchem uderza w drzwi ramieniem, przewracając mnie do tyłu. Zaczynam krzyczeć, a przynajmniej tak mi się wydaje. To może być tylko jęk, ponieważ strach ściska mi gardło. W kuchni jest włączone światło, więc widzę blask unoszonego noża. Nóż jest bardzo mały, niewiele większy od pióra.

Spod ciemnej wełnianej kominiarki wyzierają oczy napastnika. Przygląda mi się uważnie.

– Spokój! – woła.

Za nim widzę kolejną kominiarkę, kolejną parę oczu, w których dostrzegam jednak większy niepokój.

– Zostaw ją, brachu – mówi ten drugi.

Jeden z intruzów jest biały, drugi czarny, obaj posługują się tym samym ulicznym slangiem.

– Wyluzuj – odpowiada pierwszy. – Jest zajebiście, co nie?

Przysuwa do mnie nóż, aż znajduje się tuż przed moją twarzą.

– Dawaj telefon, ty nadęta dziwko.

Zamieram.

Ale potem jestem dla niego zbyt szybka. Sięgam ręką za siebie. Wydaje mu się, że zamierzam wziąć telefon, tymczasem chwytam nóż: wielki kuchenny nóż do mięsa, który trzymam na nocnym stoliku. Ciężki, gładki trzonek wsuwa się łagodnie w moją dłoń i jednym płynnym ruchem wbijam go w brzuch tego sukinsyna, tuż poniżej żeber. Wchodzi z łatwością. „Nie ma krwi”, myślę sobie, gdy wyciągam nóż i zadaję kolejne pchnięcie. Żadnego rozprysku krwi jak w horrorach. To ułatwia mi zadanie. Zadaję mu cios w ramię, następnie w brzuch, a potem jeszcze niżej, gdzieś w okolicy fiuta, i przekręcam bez litości ostrze w jego pachwinie. Gdy mężczyzna pada na ziemię, przechodzę nad jego ciałem w kierunku drugiego napastnika.

– Ty też – zwracam się do niego. – Ty też tam byłeś, nie powstrzymałeś go. Ty mały chujku. – Pakuję mu nóż w usta, to łatwe jak wrzucenie listu do skrzynki pocztowej.

I nagle wszystko znika, a ja budzę się z krzykiem.

– To normalne – stwierdza Carol, kiwając głową. – Zupełnie normalne. Prawdę mówiąc, to dobry znak.

Nawet teraz, siedząc w pokoju, w którym Carol spotyka się z pacjentami na sesjach terapeutycznych, wciąż cała się trzęsę. Niedaleko ktoś kosi trawnik.

– W jakim sensie dobry? – pytam tępo.

Carol znów kiwa głową. Robi to bardzo często, niemal za każdym razem gdy coś powiem, jakby chciała dać do zrozumienia, że zazwyczaj nie odpowiada na pytania swoich pacjentów, ale ten jeden raz zamierza zrobić wyjątek, specjalnie dla mnie. Może zrobić to tylko dla kogoś, kto tak „świetnie się spisuje”, kto robi tak „wspaniałe postępy” i kto prawdopodobnie nawet zaczyna „wychodzić z kryzysu”, jak powtarza na zakończenie każdej sesji. Carol została mi polecona przez policję, więc musi być dobra, ale jeśli mam być szczera, to wolałabym, żeby policjanci dopadli tych dwóch sukinsynów, a nie napędzali klientów psychoterapeutom.

– Fantazjowanie o tym, że miałaś wtedy nóż, to może być sygnał od twojej podświadomości, że chce przejąć kontrolę nad tym, co się wydarzyło – wyjaśnia Carol.

– Naprawdę? – Podciągam pod siebie nogi. Wprawdzie nie mam butów, ale nie jestem pewna, czy mogę sobie na to pozwolić, patrząc na nieskazitelnie czystą kanapę Carol. Dochodzę jednak do wniosku, że coś mi się w końcu należy za te pięćdziesiąt funtów. – To ta sama podświadomość, która postanowiła wyrzucić z mojej pamięci wszystko, co się stało po tym, jak oddałam im telefon? Może chce mi po prostu powiedzieć, jaką byłam skończoną idiotką, że nie trzymałam przy łóżku noża?

– To jedna z możliwych interpretacji, Emmo – mówi Carol. – Ale moim zdaniem niezbyt pomocna. Ludzie, którzy zostali napadnięci, często obwiniają samych siebie zamiast napastnika. Ale to napastnik złamał prawo, nie ty. Posłuchaj – dodaje – same okoliczności tego, co ci się przytrafiło, interesują mnie w mniejszym stopniu niż twój powrót do zdrowia. Patrząc na to z pewnej perspektywy, można powiedzieć, że ten sen to dla ciebie znaczący krok. W tych ostatnich wyobrażeniach zaczynasz kontratakować, obwiniasz raczej napastników niż siebie. Nie chcesz być postrzegana jako ofiara.

– Tyle że ja jestem ich ofiarą – odpowiadam. – I nic tego nie zmieni.

– Jesteś? – odzywa się cicho Carol. – Czy może raczej byłaś?

Po długiej, wymownej chwili milczenia – „terapeutycznym oddechu”, jak czasami nazywa to Carol, co stanowi dość idiotyczne określenie zwykłej chwili ciszy – podpytuje delikatnie:

– A Simon? Jak ci się z nim układa?

– Stara się – odpowiadam. Nie brzmi to zbyt przekonująco, więc zaraz dodaję: – To znaczy stara się najlepiej, jak może. Parzy mi hektolitry herbaty i ma dla mnie nieskończone pokłady współczucia. Jakby czuł się winny, że nie było go wtedy przy mnie. Wyobraża sobie chyba, że byłby w stanie pobić obu napastników i zastosować areszt obywatelski. Choć wtedy pewnie sam zostałby pchnięty nożem. Albo zaczęliby go torturować, żeby zdradził im PIN-y do swoich kart.

– Społeczeństwo ma pewne… wyobrażenie na temat tego, czym jest męskość – mówi łagodnie Carol. – Kiedy to wyobrażenie zostanie naruszone, mężczyzna może się poczuć zagrożony i niepewny.

Tym razem milczenie ciągnie się przez dobrą minutę.

– A jak z jedzeniem? Dobrze się odżywiasz? – odzywa się Carol.

Z jakiegoś powodu przyznałam się jej, że kiedyś cierpiałam na zaburzenia odżywiania. No cóż, „kiedyś” to dość względne pojęcie – każdy, kto miał z tym do czynienia, wie, że takie zaburzenia tak naprawdę nigdy nie zanikają i grożą nawrotem, gdy tylko sprawy w naszym życiu się komplikują i wymykają spod kontroli.

– Si pilnuje, żebym jadła – odpowiadam. – Wszystko w porządku.

Nie mówię jej jednak, że czasami brudzę talerz jedzeniem i wstawiam go do zlewu, żeby Simon myślał, że jadłam, ani o tym, że niekiedy po wspólnym obiedzie w restauracji wywołuję u siebie wymioty. Do niektórych sfer mojego życia nikt nie ma wstępu. Zresztą to jedna z tych rzeczy, które dawniej lubiłam u Simona – to, jak się mną opiekował, gdy byłam chora. Problem w tym, że gdy nie jestem chora, cała ta jego troskliwość doprowadza mnie do szału.

– Nic nie zrobiłam – mówię ni stąd, ni zowąd. – Kiedy się włamali. Tego właśnie nie potrafię zrozumieć. Cała dosłownie dygotałam od adrenaliny. Powinnam walczyć albo uciekać, prawda? A ja nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego. Nie zrobiłam nic.

Bez żadnego wyraźnego powodu nagle zaczynam płakać. Biorę z kanapy poduszkę i przyciskam ją mocno do piersi, jakbym w ten sposób chciała wycisnąć resztki życia z tych dwóch gnojków, którzy mnie napadli.

– Coś jednak zrobiłaś – stwierdza Carol. – Udawałaś, że śpisz. Zadziałałaś instynktownie, to zupełnie zrozumiałe zachowanie. To zupełnie jak z zającami i królikami: w obliczu zagrożenia zające uciekają, a króliki się przyczajają. W takich sytuacjach trudno mówić o dobrej czy złej reakcji. Wszystko może się wydarzyć.

Carol pochyla się nad stolikiem i przesuwa bliżej mnie pudełko chusteczek higienicznych.

– Emmo, chcę czegoś spróbować – oznajmia, gdy kończę wydmuchiwać nos.

– Czego? – pytam słabym głosem. – Byle nie hipnozy. Już mówiłam, że nie poddam się hipnozie.

Carol kręci przecząco głową.

– To terapia odwrażliwiania za pomocą ruchu gałek ocznych, w skrócie EMDR. Z początku może się wydawać nieco dziwna, ale to w zasadzie bardzo prosta metoda. Usiądę przy tobie i zacznę przesuwać palcami z jednej strony na drugą w obrębie twojego pola widzenia, co pomoże ci odtworzyć na nowo wspomnienia traumatycznych przeżyć. Jednocześnie cały czas masz śledzić wzrokiem ruch moich palców.

– I jak ma mi to pomóc? – pytam z powątpiewaniem.

– Szczerze mówiąc, nie wiemy dokładnie, w jaki sposób działa EMDR. Ale pozwoli ci przepracować to, co się stało, nadać tym wydarzeniom pewną perspektywę. Ta metoda jest szczególnie pomocna w przypadku osób, które nie mogą przypomnieć sobie szczegółów tego, co im się przytrafiło. To jak, chcesz spróbować?

– No dobra. – Wzruszam ramionami.

Carol przysuwa krzesło, tak że znajduje się teraz bardzo blisko mnie, i unosi dwa palce.

– Chcę, abyś skoncentrowała się na pierwszym obrazie, jaki pamiętasz z chwili włamania. Niech na razie będzie on nieruchomy. Jakbyś nacisnęła pauzę podczas oglądania filmu.

Carol zaczyna przesuwać palcami z boku na bok. Posłusznie wodzę za nimi wzrokiem.

– Właśnie tak, Emmo – mówi. – A teraz niech zacznie się film. Przypomnij sobie, jak się czułaś.

Początkowo trudno mi się skoncentrować, ale gdy wreszcie przyzwyczajam się do ruchu jej palców, mogę się skupić na tyle, by odtworzyć w pamięci noc napadu.

Głuchy odgłos w salonie.

Kroki.

Szepty.

Wstaję z łóżka.

Drzwi otwierają się z hukiem. Nóż przed moją twarzą.

– Oddychaj głęboko – szepcze Carol. – Tak jak ćwiczyłyśmy.

Dwa–trzy głębokie oddechy. Wstaję z łóżka…

Nóż. Włamywacze. Krótka i gwałtowna kłótnia między nimi, czy ze względu na moją obecność powinni natychmiast uciekać, czy jednak obrabować mieszkanie. Starszy z nich, ten z nożem, wskazuje na mnie.

– Co taka chudzina może nam zrobić?

– Oddychaj, Emmo. Oddychaj – instruuje mnie Carol.

Dotyk noża na moim gardle.

– A jeśli czegoś spróbuje, to ją potniemy, no nie?

– Nie – przerywam ostro w przypływie paniki. – Nie potrafię tego zrobić. Przepraszam.

Carol odchyla się na krześle.

– Znakomicie się spisałaś, Emmo. Naprawdę świetnie.

Oddycham głęboko, powoli odzyskuję równowagę. Z poprzednich sesji wiem, że teraz moja kolej, żeby przerwać milczenie. Ale nie mam już więcej ochoty rozmawiać o włamaniu.

– Chyba znaleźliśmy dla nas nowe mieszkanie – oznajmiam więc.

– Naprawdę? – Głos Carol brzmi tak samo neutralnie jak zawsze.

– Mieszkanie Simona znajduje się w dość podłej okolicy. A teraz ja jeszcze podkręciłam statystyki przestępczości. Założę się, że sąsiedzi mnie nienawidzą. Przeze mnie ich domy straciły pewnie z pięć procent na wartości.

– Na pewno cię nie nienawidzą, Emmo.

Wkładam rękaw swetra do ust i zaczynam go ssać. To stary nawyk, do którego najwyraźniej wróciłam.

– Zdaję sobie sprawę, że wyprowadzka to rodzaj kapitulacji – mówię. – Ale nie mogę tam zostać. Policja twierdzi, że tego typu napastnicy lubią wracać. Najwyraźniej mają silne poczucie własności. Zupełnie jakbym teraz należała do nich.

– Ale nie należysz do nich – odzywa się cicho Carol. – Należysz wyłącznie do samej siebie, Emmo. I nie uważam, by wyprowadzka była rodzajem kapitulacji. Wręcz przeciwnie. To znak, że znów zaczynasz podejmować decyzje. Odzyskujesz kontrolę nad swoim życiem. Wiem, że w tym momencie jest ci ciężko. Ale ludzie wychodzą z tego typu traum. Powinnaś tylko pogodzić się z tym, że to wymaga czasu. – Carol zerka na zegar. – Doskonale się spisałaś, Emmo. Zrobiłaś dziś naprawdę duży postęp. Widzimy się za tydzień o tej samej porze?

 

TERAZ: JANE

  1. Wybierz opis, który najlepiej charakteryzuje twój ostatni związek uczuciowy:
  • raczej przyjaciele niż kochankowie
  • łatwy i niezobowiązujący
  • smutny i bolesny
  • burzliwy i wybuchowy
  • idealny, lecz krótkotrwały

Polecenia w formularzu stają się coraz dziwniejsze. Początkowo na każde staram się odpowiadać z głębokim namysłem, ale jest ich tak wiele, że pod koniec prawie w ogóle nie zastanawiam się nad odpowiedziami, tylko zdaję się na instynkt.

Ponadto wymagane są trzy aktualne fotografie. Wybieram jedno zdjęcie ze ślubu przyjaciółki, selfie z Mią podczas wspinaczki na szczyt Snowdon kilka lat temu i oficjalne zdjęcie portretowe, które zrobiłam sobie do pracy. I to już koniec. Piszę jeszcze list przewodni, nic specjalnego, tylko uprzejmą wiadomość, w której podkreślam, jak bardzo podoba mi się dom przy Folgate Street 1 oraz że postaram się traktować go z taką uczciwością, na jaką zasługuje. Choć list liczy zaledwie parę linijek, poprawiam go kilkakrotnie – aż wreszcie jestem zadowolona z tego, co napisałam. Agentka radzi mi, bym nie robiła sobie zbyt dużych nadziei, ponieważ większość kandydatów nie przechodzi przez ten etap, ale kładę się spać z przekonaniem, że mnie się to uda. To będzie nowy początek. Nowe otwarcie. A gdy pogrążam się we śnie, do głowy przychodzi mi jeszcze jedno określenie. Ponowne narodziny.

 

  1. Gdy nad czymś pracuję, nie umiem odpuścić, dopóki nie osiągnę w pełni zadowalającego rezultatu.
  • Zgadzam się
  • Nie zgadzam się

 

PRZEDTEM: EMMA

Mija tydzień bez żadnej odpowiedzi na nasze podanie. Potem kolejny. Wysyłam e-mail z pytaniem, czy na pewno wszystko dostarczyliśmy. Nie dostaję na niego żadnej odpowiedzi. Zaczynam się już poważnie irytować – kazali nam wypełniać ten durny kwestionariusz, wybierać zdjęcia, pisać list, więc mogliby nas chociaż poinformować, że nie zakwalifikowaliśmy się do kolejnego etapu – gdy w końcu przychodzi wiadomość z adresu admin@themonkfordpartnership.com. Temat: „Folgate Street 1”. Nie zamierzam tkwić w niepewności ani chwili dłużej. Natychmiast go otwieram.

„Proszę przyjść na rozmowę jutro, czyli we wtorek, 16 marca, na godzinę 17.00 do siedziby Monkford Partnership”.

Nic więcej. Żadnego adresu, bliższych szczegółów, informacji o tym, czy spotkamy się z samym Edwardem Monkfordem czy z którymś jego podwładnym. Oczywiście adres firmy bez trudu można znaleźć w sieci, a to, z kim się spotkamy, nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Zatem została nam do pokonania jeszcze tylko jedna przeszkoda.

Biuro Monkford Partnership zajmuje najwyższe piętro słynnego nowoczesnego budynku w londyńskim City. Budynek ma swój adres, ale większość ludzi mówi o nim po prostu „Ul”. Ponieważ tak właśnie wygląda – jak gigantyczny kamienny ul. Znajduje się w pobliżu katedry Świętego Pawła i pomiędzy wszystkimi wieżowcami ze szkła i stali przypomina dziwaczną, bladą poczwarkę porzuconą w City przez przybyszy z kosmosu. W środku prezentuje się jeszcze bardziej osobliwie. W holu nie ma recepcji, ciągnie się tam tylko długa ściana z jasnego kamienia z dwoma szczelinami, które muszą prowadzić do wind, ponieważ w obie strony przepływa przez nie nieprzerwany strumień ludzi. Wszyscy oni, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, są ubrani w drogie czarne garnitury i rozpięte pod szyją koszule.

Czuję wibrowanie swojego telefonu. Na jego ekranie wyświetla się wiadomość: „Budynek Monkforda. Chcesz się zalogować?”.

Naciskam „akceptuj”.

„Witajcie, Emmo i Simonie. Wsiądźcie, proszę, do windy numer trzy i wjedźcie na czternaste piętro”.

Nie mam pojęcia, jak budynek nas rozpoznał. Może do e-maila dołączono jakiś plik cookie. Simon zna się na takich technologicznych nowinkach. Pokazuję mu wiadomość, myśląc, że to zrobi na nim wrażenie, ale tylko wzrusza z lekceważeniem ramionami. Miejsca takie jak to – bogate, luksusowe, pełne ludzi emanujących pewnością siebie – to nie jego bajka.

Na windę numer trzy czeka oprócz nas tylko jeden mężczyzna, który wydaje się nie pasować tutaj nawet bardziej niż my. Ma długie, siwe włosy, rozczochrane, choć związane z tyłu w kucyk. Do tego dwudniowy zarost. Nosi przeżarty przez mole sweter zapinany na guziki i wytarte lniane spodnie. Patrzę na jego nogi i widzę, że nie ma butów, jest w samych skarpetkach. Strasznie głośno je jakiś chrupiący czekoladowy batonik. Gdy drzwi się otwierają, mężczyzna, powłócząc nogami, wchodzi do środka windy i zajmuje miejsce z tyłu.

Rozglądam się za przyciskami, ale nigdzie ich nie widzę. Pewnie winda zatrzymuje się tylko na wcześniej zaprogramowanych piętrach.

Gdy wjeżdżamy na górę, tak płynnie, że prawie nie czuć ruchu, mam wrażenie, że wzrok nieznajomego wędruje po moim ciele. W końcu zatrzymuje się na moim brzuchu. Facet wpatruje się w niego, zlizując czekoladowe okruchy ze swych palców. Zakłopotana kładę dłoń w miejscu, na które patrzy, i orientuję się, że podwinęła mi się koszula. Tuż ponad spodniami wystaje wąski skrawek nagiej skóry.

– Co się dzieje, Em? – pyta Si, zauważywszy moje skrępowanie.

– Nic – odpowiadam, odwracając się do niego twarzą, a tyłem do nieznajomego, i dyskretnie wkładam koszulę do spodni.

– Rozmyśliłaś się? – mówi cicho Si.

– Nie wiem – odpowiadam. Prawdę mówiąc, nie rozmyśliłam się, ale nie chcę, by Si doszedł do wniosku, że jestem niechętna do jakiejkolwiek dyskusji o wyborze mieszkania.

Drzwi rozsuwają się i mężczyzna wychodzi, szurając nogami i wciąż jedząc batonik.

– Przedstawienie czas zacząć – mówi Simon, rozglądając się dookoła.

Jesteśmy w kolejnym wielkim, zalanym przez światło, eleganckim pomieszczeniu, które biegnie przez całą długość budynku. Na jednym jego końcu znajduje się zaokrąglona szklana ściana, z której roztacza się widok na City: widać kopułę katedry Świętego Pawła, gmach Lloyd’s of London i wszystkie te charakterystyczne budynki, w oddali wznosi się kompleks Canary Wharf, a Tamiza wije się wokół Isle of Dogs i płynie przez płaską równinę dalej na wschód. Blondynka w luźnym czarnym kostiumie odrywa się od iPada i podnosi ze skórzanego fotela.

– Witam, jesteście pewnie Emma i Simon – mówi. – Usiądźcie, proszę. Edward niebawem was przyjmie.

Na iPadzie musi odbierać chyba wszystkie wiadomości, ponieważ po około dziesięciu minutach przerywa milczenie.

– Zapraszam, chodźcie za mną.

Otwiera drzwi, a po sposobie, w jaki się poruszają, od razu domyślam się, że muszą być ciężkie i dobrze wyważone. W środku, przy długim stole, stoi mężczyzna. Opiera się o blat zwiniętymi w pięści dłońmi i studiuje jakieś plany. Arkusze papieru są tak duże, że zajmują niemal cały stół. Zerkam na nie i dostrzegam, że to nie żadne wydruki, ale odręczne rysunki. W rogu leżą dwa lub trzy ołówki, starannie ułożone według rozmiaru, oraz gumka do mazania.

– Emmo, Simonie – mężczyzna podnosi na nas wzrok – napijecie się kawy?

No dobra, facet jest przystojny. To pierwsza rzecz, która zwraca moją uwagę. I druga. I trzecia. Kręcone włosy w nieokreślonym blond kolorze ma krótko przycięte przy głowie. Nosi czarny pulower i rozpiętą pod szyją koszulę – nic szczególnego, ale wełniany sweter świetnie leży na jego szerokich, choć szczupłych ramionach. Do tego ma przyjemny, nieco autoironiczny uśmiech. Wygląda jak seksowny, wyluzowany nauczyciel, a nie ogarnięty obsesją dziwak, jakiego sobie wyobrażałam.

Simon najwyraźniej też to wszystko dostrzega, a przynajmniej zauważa moją reakcję, bo nagle rusza naprzód i chwyta Edwarda Monkforda za ramię.

– Edward, zgadza się? – zagaduje. – A może Eddy? Ed? Jestem Simon. Miło cię poznać, stary. Masz tu naprawdę wypasione biuro. To moja dziewczyna Emma.

A ja kulę się w sobie, ponieważ na taką sztuczną cockneyowską gadkę Simon sili się tylko przy osobach, przez które czuje się zagrożony.

– Chętnie napiję się kawy – rzucam czym prędzej.

– Poproszę więc dwie kawy, Alisho – zwraca się bardzo uprzejmie do swojej asystentki Monkford. Wskazuje mnie i Simonowi miejsca po drugiej stronie stołu. – A więc powiedzcie mi – mówi, kiedy już wszyscy siedzimy, i patrzy przy tym wyłącznie na mnie, zupełnie ignorując Simona – dlaczego chcecie mieszkać przy Folgate Street 1.

Nie, jednak nie nauczyciel. Raczej dyrektor szkoły albo przewodniczący rady nadzorczej. Nadal ma przyjazne spojrzenie, ale zarazem nieco przerażające, co tylko dodaje mu uroku.

Spodziewaliśmy się pytania w tym rodzaju, więc udaje mi się udzielić przygotowanej zawczasu odpowiedzi. Mówię, jak bardzo doceniamy możliwość mieszkania w takim miejscu i że będziemy się starać traktować dom z szacunkiem, na jaki zasługuje. Siedzący obok Simon cały czas milczy i tylko patrzy spode łba. Gdy kończę, Monkford kiwa uprzejmie głową. Sprawia wrażenie lekko znudzonego.

– Poza tym uważam, że ten dom nas zmieni – odzywam się niespodziewanie dla samej siebie.

Monkford po raz pierwszy okazuje autentyczne zainteresowanie.

– Zmieni was? W jaki sposób?

– Mieliśmy włamanie – odpowiadam powoli. – Dwaj mężczyźni. W zasadzie to jeszcze dzieciaki. Nastolatki. Nie mogę sobie przypomnieć, co dokładnie się wydarzyło. Cierpię na rodzaj stresu pourazowego.

Monkford życzliwie kiwa głową.

Ośmielona tym gestem wyjaśniam dalej:

– Po prostu nie chcę być dłużej tą osobą, która nic nie zrobiła i pozwoliła im uciec. Chcę stać się kimś, kto umie podejmować decyzje. Kto potrafi się bronić. I myślę, że ten dom mi w tym pomoże. Raczej nie należymy do osób, które żyłyby tak na co dzień. To znaczy według wszystkich tych reguł. Ale chcielibyśmy spróbować.

Milczenie znów się przeciąga. W myślach walę się sama po głowie. Jak to, co mi się przytrafiło, może mieć w ogóle jakieś znaczenie? Jakim cudem dom może uczynić ze mnie inną osobę?

Zimna jak lód blondynka przynosi nam kawę. Zrywam się, by wziąć swoją, i w tym pośpiechu i zdenerwowaniu wylewam całą filiżankę na rozłożone na stole rysunki.

– Jezu, Emma – syczy na mnie Simon, również zrywając się z krzesła. – Patrz, co narobiłaś.

– Bardzo przepraszam – mówię zbolałym tonem, podczas gdy brązowy strumień kawy zagarnia kolejne połacie rysunków. – Boże, tak mi przykro.

Asystentka wybiega po jakieś ścierki. Czuję, jak niepowtarzalna okazja zaczyna wymykać mi się z rąk. To rzucające się w oczy puste miejsce, zamiast odpowiedzi na listę niezbędnych rzeczy, wszystkie te sprytne kłamstwa, które umieściłam w kwestionariuszu, pójdą teraz na marne. Ostatnia rzecz, jakiej życzyłby sobie Monkford, to jakaś rozlewająca kawę niezdara robiąca bałagan w jego pięknym domu.

Jednak ku mojemu zdumieniu Monkford tylko się śmieje.

– Te rysunki były okropne – mówi. – Powinienem je wyrzucić już dawno temu. Oszczędziłaś mi tylko kłopotu.

Asystentka wraca z papierowymi ręcznikami i rzuca się wycierać.

– Alisho, tylko pogarszasz sprawę – przerywa jej ostro Monkford. – Pozwól.

Zwija wszystkie rysunki, tak że cała kawa pozostaje w środku niczym w olbrzymiej pielusze.

– Pozbądź się tego – mówi, wręczając Alishy rysunki.

– Stary, strasznie cię za to przepraszam – odzywa się Simon.

Po raz pierwszy Monkford patrzy wprost na niego.

– Nigdy nie przepraszaj za osobę, którą kochasz – odpowiada cicho. – Bo wychodzisz wtedy na skończonego fiuta.

Simon jest w takim szoku, że nie potrafi wydobyć z siebie głosu. Ja, nie mniej zaskoczona, gapię się tylko z rozdziawionymi ustami. Nic w dotychczasowym zachowaniu Edwarda Monkforda nie wskazywało na to, że powie coś tak bezpośredniego. A Simonowi zdarzało się już uderzyć kogoś za łagodniejsze obelgi, i to o wiele łagodniejsze. Ale Monkford odwraca się do mnie i mówi jak gdyby nigdy nic:

– Cóż, odezwę się do ciebie. Dziękuję za przybycie, Emmo.

A po krótkiej pauzie dodaje:

– I tobie też, Simonie.

 

TERAZ: JANE

Czekam w recepcji na czternastym piętrze Ula i obserwuję, jak dwóch mężczyzn kłóci się w przeszklonej sali konferencyjnej. Jestem całkiem pewna, że jeden z nich to Edward Monkford. Nosi taki sam strój jak na zdjęciu, które znalazłam w internecie: czarny pulower z kaszmiru i rozpiętą pod szyją białą koszulę. Jasne włosy okalają szczupłą, ascetyczną twarz. Jest przystojny, może nie w szczególnie przykuwający wzrok sposób, ale roztacza wokół siebie aurę pewności siebie i osobistego czaru, a do tego ma uroczy, lekko przekrzywiony uśmiech. Drugi mężczyzna wydziera się na niego, ale szklane ściany są tak grube, że nie słychać słów – panuje tu cisza niczym w laboratorium. Facet wściekle gestykuluje, potrząsa obiema rękami tuż przy twarzy Monkforda. Nie wiem czemu, ale ten gest oraz całe jego zachowanie podpowiadają mi, że może być Rosjaninem.

Stojąca obok kobieta, która raz na jakiś czas powrzaskuje coś od siebie, może być z kolei żoną oligarchy. Jest znacznie młodsza od męża, ma na sobie krzykliwe wdzianko od Versace i przylizane włosy ufarbowane w nowobogackim odcieniu blond. Gdy mężczyzna w końcu przestaje krzyczeć, Monkford spokojnie wypowiada kilka słów i kręci przecząco głową. Facet znów wybucha, teraz nawet z jeszcze większą furią.

Podchodzi do mnie nienagannie ubrana brunetka, która przywitała mnie wcześniej.

– Obawiam się, że Edward wciąż jest na spotkaniu. Czy mogę coś pani podać? Może wodę?

– Nie trzeba, dziękuję. – Kiwam głową na rozgrywającą się przede mną scenę. – Zakładam, że chodzi o to spotkanie?

Brunetka podąża za moim wzrokiem.

– Tracą tylko czas. I tak niczego nie zmieni.

– O co się tak kłócą?

– Klient zlecił nam budowę domu jeszcze za czasów swego poprzedniego małżeństwa. A teraz jego nowa żona zażyczyła sobie pieca kuchennego. Żeby było bardziej przytulnie.

– A Monkford Partnership nie buduje przytulnych domów?

– Nie w tym rzecz. Jeśli nie zostało to ustalone w ramach pierwotnego zamówienia, Edward nie zgodzi się na żadne przeróbki. Chyba że sam będzie z czegoś niezadowolony. Kiedyś spędził trzy miesiące na przebudowie dachu w altanie, żeby obniżyć go o metr.

– Jak to jest pracować dla takiego perfekcjonisty? – pytam. Widocznie jednak przekroczyłam granicę, bo recepcjonistka posyła mi tylko chłodny uśmiech i odchodzi.

Przyglądam się nadal wymianie zdań lub raczej wściekłej tyradzie, ponieważ Edward Monkford niemal się nie odzywa. Pozwala po prostu, by gniew mężczyzny spływał po nim jak wzburzone fale rozbijające się o skałę, a jego twarz wyraża jedynie uprzejme zainteresowanie, nic ponadto. W końcu drzwi otwierają się szeroko i klient wypada przez nie, wciąż mamrocząc coś pod nosem, a żona drepcze za nim na wysokich obcasach. Monkford wychodzi wolnym krokiem jako ostatni. Podnoszę się i wygładzam sukienkę. Po długim namyśle zdecydowałam się na granatową plisowaną od Prady, tuż za kolano – nic przesadnie wyzywającego.

– Jane Cavendish – przypomina mu recepcjonistka.

Monkford odwraca się, by na mnie spojrzeć. Przez krótką chwilę wydaje się zaskoczony, wręcz zdumiony, jakby spodziewał się ujrzeć kogoś całkiem innego. Ale zaraz odzyskuje rezon i wyciąga do mnie rękę.

– Jane. Oczywiście. Wejdźmy do środka.

„Poszłabym z tym facetem do łóżka”. Zdołałam ledwie bąknąć do niego „dzień dobry”, jednak zorientowałam się, że zupełnie podświadomie wyrobiłam już sobie opinię na temat swojego gospodarza. Monkford przytrzymuje dla mnie drzwi do sali konferencyjnej, a w jego wykonaniu nawet ten zwykły, codzienny gest uprzejmości wydaje się przepełniony znaczeniem.

Siadamy naprzeciwko siebie przy długim, szklanym stole zajętym w większości przez model architektoniczny małego miasteczka. Spojrzenie Monkforda przesuwa się po mojej twarzy. Uznałam, że jest tylko w miarę przystojny, ale było to, zanim przyjrzałam mu się z bliska. Szczególne wrażenie robią jego jasnoniebieskie oczy. Choć ma dopiero trzydzieści parę lat, kąciki oczu są pokryte zmarszczkami. Zmarszczkami śmiechu, jak nazywała je kiedyś moja babcia. Jednak twarzy Edwarda Monkforda przydają one groźnego, drapieżnego wyglądu.

– I jak, wygrał pan? – pytam w końcu, by przerwać milczenie.

– Co wygrałem? – Monkford wygląda tak, jakby otrząsnął się z zamyślenia.

– Spór.

– Ach, to. – Wzrusza ramionami i uśmiecha się, a jego twarz natychmiast łagodnieje. – Moje budynki stawiają ludziom wymagania, Jane. Nie uważam jednak, by były nieznośne dla swoich lokatorów, a zresztą korzyści z mieszkania w nich znacznie przewyższają ewentualne wyrzeczenia. W pewnym sensie, jak sądzę, właśnie dlatego przyszłaś się ze mną spotkać.

– Naprawdę?

Monkford kiwa głową.

– David, mój partner od kwestii technologicznych, opowiada o UX. To techniczne określenie doświadczenia użytkownika. Jak pewnie zorientowałaś się, czytając warunki najmu, zbieramy informacje na temat mieszkańców Folgate Street 1 i wykorzystujemy je, aby udoskonalić doświadczenie użytkownika z myślą o naszych przyszłych klientach.

Prawdę mówiąc, tylko pobieżnie przejrzałam warunki umowy, które liczyły około dwudziestu stron drobnym drukiem.

– Jakiego rodzaju informacje?

Monkford znów wzrusza ramionami. Przez sweter widać, że są szerokie, lecz zarazem szczupłe.

– Głównie metadane. Z których pomieszczeń korzystasz najczęściej, tego typu rzeczy. A od czasu do czasu prosimy o ponowne wypełnienie kwestionariusza, żeby sprawdzić, jak zmieniają się odpowiedzi.

– Jakoś to przeżyję… – Milknę, bo nagle zdaję sobie sprawę, że mogło to zabrzmieć dość bezczelnie. – To znaczy jeśli oczywiście dostanę taką szansę.

– Dobrze. – Edward Monkford sięga po tacę, na której stoją filiżanki z kawą, dzbanek z mlekiem i miseczka z kostkami cukru zawiniętymi w papierki. Mimowiednie zaczyna przestawiać kostki cukru, poprawia je i wyrównuje, aż w końcu tworzą idealny sześcian, jak kostka Rubika. Potem obraca filiżanki tak, że wszystkie uchwyty są ustawione w tym samym kierunku. – Mogę nawet poprosić cię, byś spotkała się z niektórymi naszymi klientami i pomogła nam ich przekonać, że mieszkanie bez pieca kuchennego Aga i gablotki pełnej sportowych trofeów to jeszcze nie koniec świata. – Znów lekko mruży oczy w uśmiechu, a ja czuję, jak miękną mi kolana.

„To zupełnie do mnie niepodobne – myślę sobie. – Czy to zainteresowanie jest wzajemne?” W odpowiedzi posyłam mu delikatny, zachęcający uśmiech.

– A więc, Jane – odzywa się po chwili – czy chciałabyś mnie o coś spytać?

– Zbudowałeś dom przy Folgate Street 1 dla siebie samego?

– Tak – odpowiada zdawkowo.

– To gdzie teraz mieszkasz?

– Głównie w hotelach. W pobliżu projektu, nad którym w danym momencie pracuję. Hotele są całkowicie znośne, pod warunkiem że schowa się te wszystkie poduszki do szafy. – Znowu się uśmiecha, ale odnoszę wrażenie, że wcale nie żartuje.

– Nie przeszkadza ci, że nie masz własnego domu?

Wzrusza ramionami.

– Dzięki temu mogę się skupić na pracy. – Sposób, w jaki to mówi, bynajmniej nie zachęca do zadawania kolejnych pytań.

Do pokoju wchodzi mężczyzna, a raczej wtacza się niezdarnie, uderza drzwiami o ogranicznik w podłodze i od razu zaczyna coś bełkotać.

– Ed, musimy pogadać o przepustowości łącza. Ci idioci próbują oszczędzić na światłowodzie. Nie dociera do nich, że za sto lat przewody miedziane będą tak samo przestarzałe jak dzisiaj ołowiane rury kanalizacyjne…

Facet jest niechlujny, mocno zbudowany, a jego nalane, obwisłe policzki pokrywa tu i ówdzie kilkudniowa szczecina. Włosy, bardziej siwe od zarostu, ma związane w koński ogon. Pomimo działającej klimatyzacji ma na sobie szorty i japonki.

Monkford nie wydaje się jednak zdenerwowany jego wtargnięciem.

– Davidzie, to Jane Cavendish. Ubiega się o możliwość zamieszkania przy Folgate Street 1.

A więc to musi być David Thiel, partner od kwestii technologicznych. Zwraca na mnie spojrzenie, ale jego oczy są tak głęboko osadzone, że nie sposób z nich niczego wyczytać. Po chwili obraca się z powrotem do Monkforda.

– Naprawdę jedyne rozwiązanie jest takie, żeby miasto miało własnego satelitę. Musimy wszystko na nowo przemyśleć…

– Własny satelita? Ciekawa propozycja – mówi w zamyśleniu Monkford. Spogląda na mnie. – Obawiam się, że będę cię musiał przeprosić, Jane.

– Nie ma sprawy.

Gdy wstaję, wzrok Davida Thiela pada na moje gołe nogi. Monkford również to zauważa i przez twarz przebiega mu grymas. Odnoszę wrażenie, że chce coś powiedzieć, jednak się powstrzymuje.

– Dziękuję za spotkanie – dodaję uprzejmie.

– Niebawem się odezwę – odpowiada Monkford.

PRZEDTEM: EMMA

A potem, zaraz następnego dnia, przychodzi e-mail: „Twoje podanie zostało zaakceptowane”.

Nie mogę w to uwierzyć. Szczególnie dlatego, że e-mail nie zawiera nic więcej: żadnych wskazówek, kiedy możemy się wprowadzić, żadnych informacji o koncie bankowym ani o tym, co powinniśmy teraz zrobić. Dzwonię do Marka, naszego agenta. Od kiedy zajmuję się całą tą papierologią dotyczącą mieszkania, bardzo często się z nim kontaktuję i okazuje się, że facet wcale nie jest taki zły, jak początkowo myślałam.

Gdy przekazuję mu wiadomość, reaguje z autentyczną radością.

– Skoro dom stoi pusty – mówi – możecie wprowadzić się w ten weekend, jeśli tylko chcecie. Trzeba będzie jeszcze podpisać kilka dokumentów i muszę wam pomóc w zainstalowaniu aplikacji w waszych telefonach. I tak naprawdę to wszystko.

„To wszystko”. Zaczyna docierać do mnie, co się właśnie stało. Zamieszkamy w jednym z najbardziej niezwykłych domów w Londynie. My. Simon i ja. Od teraz wszystko będzie inaczej.

 

  1. Z twojej winy doszło do wypadku samochodowego. Jednak osoba kierująca drugim autem jest na tyle zdezorientowana, że uważa, iż to ona spowodowała kraksę. Powiesz policji, że to była:
  • jej wina
  • twoja wina

TERAZ: JANE

Siedzę w surowym, pustym wnętrzu Folgate Street 1 i jestem całkowicie zadowolona.

Przyglądam się nieskazitelnej czystości ogrodu. Już wiem, dlaczego nie rosną w nim żadne kwiaty. Jak dowiedziałam się z internetu, ogród wzorowano na kare sansui, czyli medytacyjnych ogrodach ze świątyń buddyjskich. Występujące w nim kształty mają symboliczne znaczenie: góra, woda, niebo. To ogród przeznaczony do kontemplacji, a nie hodowania roślinek.

Po śmierci żony i synka Edward Monkford spędził rok w Japonii. I właśnie to naprowadziło mnie na trop tego ogrodu.

Nawet internet działa tutaj inaczej. Camilla najpierw ściągnęła specjalną aplikację na mój telefon i laptopa, a także wręczyła mi bransoletkę uruchamiającą czujniki domu, następnie połączyła się z Wi-Fi i wpisała hasło. Od tego momentu, gdy włączam laptopa lub telefon, zamiast Google’a czy Safari wita mnie pusta strona, na której widnieje słowo „Gospodarz”. Są tam tylko trzy zakładki: „Dom”, „Szukaj” i „Chmura”. „Dom” pokazuje bieżące ustawienia Folgate Street 1, czyli oświetlenie, ogrzewanie i tak dalej. Do wyboru mam cztery różne typy oświetlenia: wydajne, relaksacyjne, do zabawy, do pracy. „Szukaj” odsyła mnie do internetu. W „Chmurze” przechowuję swoje pliki i kopie zapasowe.

Co dzień Gospodarz podpowiada mi, w co mam się ubrać, biorąc pod uwagę panującą na zewnątrz pogodę, przypomina o zaplanowanych spotkaniach oraz o tym, które ubrania znajdują się obecnie w praniu. Jeśli chcę coś zjeść, Gospodarz wie, co mam w lodówce, co mogę z tego ugotować i ile taki posiłek zawiera kalorii. Tymczasem funkcja „Szukaj” blokuje wszystkie reklamy, pop-upy reklamujące metody na płaski brzuch, niepokojące wiadomości ze świata, rozmaite zestawienia top ten, plotki o celebrytach, spam i ciasteczka. W przeglądarce nie ma zakładki z „ulubionymi” ani historii, ani zapisanych plików. Za każdym razem gdy ją zamykam, wszystko zostaje wymazane do czysta. Niesłychanie wyzwalające uczucie.

Czasami nalewam sobie kieliszek wina i po prostu spaceruję po całym domu, dotykam różnych przedmiotów, przyzwyczajam się do ich chłodnej, eleganckiej faktury, starannie poprawiam ustawienie krzeseł lub wazonu. Oczywiście wcześniej było mi znane powiedzenie Miesa van der Rohego, że mniej znaczy więcej, ale nigdy dotąd nie przypuszczałam, jak zmysłowy potrafi być minimalizm, jak bogaty i sensualny. Tych kilka znajdujących się w domu mebli to prawdziwe klasyki: krzesła z jasnego dębu do jadalni projektu Hansa Wegnera, białe stołki kuchenne Nicolle, elegancka kanapa Lissoni. Poza tym dom zapewnia wiele innych starannie dobranych luksusowych akcesoriów: grube białe ręczniki, prześcieradła z najlepszego lnu, ręcznie robione kieliszki do wina na smukłych nóżkach. Każdy element wyposażenia to mała niespodzianka, subtelny dowód zamiłowania do wysokiej jakości.

Czuję się jak bohaterka jakiegoś filmu. Dom jest urządzony z takim smakiem, że niemal zmusza mnie, bym chodziła bardziej elegancko, przybierała bardziej wystudiowane pozy, starała się w każdym ruchu osiągnąć jak najlepszy efekt. Wprawdzie nikt mnie nie widzi, ale mam wrażenie, że sam dom staje się nieomal moją publicznością, wypełniając puste przestrzenie cichą muzyką filmową z automatycznie odtwarzanej playlisty.

„Twoje podanie zostało zaakceptowane”. To wszystko, co napisano w e-mailu. Miałam złe przeczucia, gdy spotkanie zakończyło się tak szybko, ale najwyraźniej Edward Monkford ceni sobie oszczędność w każdym aspekcie życia. Poza tym jestem pewna, że wcale nie wyobraziłam sobie tego podskórnego napięcia, tej maleńkiej iskry, która przeskakuje między ludźmi, gdy pojawia się wzajemne zainteresowanie. „Cóż, dobrze wie, gdzie mnie szukać”, myślę. A samo oczekiwanie na jakiś krok z jego strony wydaje mi się niesamowicie podniecające i zmysłowe, jakby to był rodzaj milczącej gry wstępnej.

No i są jeszcze kwiaty. W dniu, w którym się wprowadziłam, leżały na progu – ogromny bukiet lilii owinięty folią. Nie było żadnego liściku, nic, co wskazywałoby, czy Monkford wita tak wszystkich nowych lokatorów, czy zdobył się na taki gest specjalnie dla mnie. Tak czy owak, wysyłam mu uprzejme podziękowanie.

Dwa dni później pojawia się kolejny identyczny bukiet. A po tygodniu trzeci. Takie same lilie ułożone dokładnie w tym samym miejscu pod drzwiami. Każdy kąt Folgate Street 1 wypełnia się ich ciężkim zapachem. Naprawdę tego już za wiele.

Gdy znajduję czwarty taki sam bukiet, dochodzę do wniosku, że co za dużo, to niezdrowo. Na celofanie znajduje się nazwa kwiaciarni. Telefonuję tam i pytam, czy można zmienić zamówienie na jakiś inny rodzaj kwiatów.

– Nie mogę znaleźć żadnego zamówienia na adres Folgate Street 1. – Kobieta z kwiaciarni wydaje się lekko zdziwiona.

– Proszę poszukać pod Edward Monkford. Albo Monkford Partnership.

– Nic takiego nie widzę. W ogóle nie mamy żadnych zamówień w pani okolicy. Jesteśmy z Hammersmith, nie dostarczamy kwiatów tak daleko na północ.

– Rozumiem – mówię skonsternowana.

Następnego dnia pojawiają się kolejne lilie. Podnoszę je, by wyrzucić do kosza.

I wtedy po raz pierwszy zauważam karteczkę, a na niej napisane odręcznie słowa:

„Emmo, zawsze będę cię kochał. Słodkich snów, najdroższa”.

 

PRZEDTEM: EMMA

Jest tak cudownie, jak sobie to wymarzyliśmy. A raczej jak ja sobie to wymarzyłam. Simon we wszystkim się ze mną zgadza, ale widzę, że wciąż ma pewne obiekcje. A może po prostu nie lubi mieć długu wdzięczności wobec Monkforda w związku z tym, że tak łatwo się zgodził, byśmy tu zamieszkali.

Jednak nawet na Simonie duże wrażenie robi prysznic wielkości talerza, który włącza się sam, gdy tylko otworzy się drzwi kabiny, który rozpoznaje domowników na podstawie wodoodpornej bransoletki i który zapamiętuje, jaką temperaturę wody lubi każde z nas. Pierwszego ranka budzi nas rozjaśniające się powoli światło w sypialni – elektroniczny wschód słońca, hałasy ulicy są całkowicie wyciszone dzięki grubym ścianom i szybom – i uświadamiam sobie, że od wieków tak dobrze się nie wyspałam.

Rozpakowanie się nie zajmuje nam wiele czasu. Folgate Street 1 wyposażono w wiele pięknych sprzętów i mebli, więc nasze stare graty lądują w magazynie razem z Kolekcją Simona.

Czasami po prostu siadam na schodach z kubkiem kawy, opieram brodę na kolanach i delektuję się tym, jak tu jest pięknie.

– Tylko nie rozlej kawy, kochanie! – woła Simon na mój widok.

To nasz stały żart. W końcu dostaliśmy to mieszkanie właśnie dlatego, że rozlałam kawę.

Nigdy nie wspominamy jednak o tym, że Monkford nazwał Simona fiutem, ani o tym, że Simon w żaden sposób na to nie zareagował.

– Szczęśliwa? – pyta Simon, siadając obok mnie na schodach.

– Szczęśliwa – potwierdzam. – Aleee…

– Chcesz się wyprowadzić. Masz dość tego miejsca. Wiedziałem.

– W przyszłym tygodniu są moje urodziny.

– Naprawdę? Nie pamiętałem.

Simon oczywiście żartuje. Zawsze stara się przygotować coś wyjątkowego z okazji urodzin lub walentynek.

– Może zaprosimy tu parę osób?

– Chcesz urządzić imprezę?

Kiwam głową.

– W sobotę.

Simon wygląda na nieco zmartwionego.

– Czy w ogóle wolno nam tu urządzać imprezy?

– Obiecuję, że będzie kulturalnie. Nie tak jak ostatnim razem.

Gdy po raz ostatni urządziliśmy imprezę, trzech różnych sąsiadów zadzwoniło po policję.

– Cóż, no dobrze – mówi niepewnie Simon. – W takim razie w sobotę.

W sobotę o dziewiątej wieczorem dom jest pełen ludzi. Ustawiłam świece wzdłuż całych schodów oraz w ogrodzie i ściemniłam oświetlenie. To, że Gospodarz nie ma opcji „impreza” w ustawieniach świateł, z początku trochę mnie niepokoi. Ale sprawdziłam warunki wynajmu i na liście zakazów nie znalazłam pozycji „żadnych imprez”. Może zapomnieli tego dopisać, ale hej, w końcu lista to rzecz święta.

Gdy nasi przyjaciele wchodzą do środka, wprost nie mogą uwierzyć własnym oczom, choć pojawia się też mnóstwo dowcipów na temat tego, gdzie podziały się wszystkie meble i dlaczego jeszcze się nie rozpakowaliśmy. Simon jest w swoim żywiole: zawsze lubi być obiektem zazdrości znajomych, mieć najdroższy zegarek albo najnowszą apkę, albo najfajniejszy telefon. A teraz ma najlepszy dom, jaki można sobie wymarzyć. Widzę, jak przystosowuje się do nowej wersji samego siebie, z dumą demonstruje kuchnię, zautomatyzowany system otwierania drzwi, gniazdka elektryczne, które wyglądają po prostu jak trzy małe szczeliny w kamiennej ścianie. Chwali się nawet tym, że szuflady pod łóżkiem różnią się wyglądem z żeńskiej i z męskiej strony.

Zastanawiałam się, czy nie zaprosić też Edwarda Monkforda, ale Simon mi to wyperswadował. A teraz, gdy w pokoju rozlega się Can’t Get You Out of My Head Kylie Minogue, muszę przyznać, że miał rację – Monkfordowi nie spodobałby się ten hałas, taniec i całe to zamieszanie. Pewnie wymyśliłby na poczekaniu jakąś nową zasadę i wszystkich wyrzucił. Przez krótką chwilę wyobrażam sobie, że rzeczywiście tak się dzieje – Edward Monkford zjawia się niezaproszony, wyłącza muzykę i każe wszystkim się wynosić – i ta perspektywa wydaje mi się nawet dość kusząca. Co za głupota, przecież to w końcu moje przyjęcie urodzinowe.

Simon przechodzi obok z rękami pełnymi butelek i nachyla się, żeby mnie pocałować.

– Wyglądasz cudownie, solenizantko – mówi. – Nowa sukienka?

– Mam ją od wieków – kłamię.

Simon znowu mnie całuje.

– Lepiej znajdźcie sobie pokój! – woła do nas Saul, przekrzykując muzykę, a Amanda wciąga go do grupki tańczących osób.

Jest morze alkoholu, trochę narkotyków, mnóstwo muzyki i pokrzykiwań. Ludzie wychodzą na fajkę do małego ogrodu, gdzie usiłują ich uciszyć sąsiedzi. Około trzeciej nad ranem goście zaczynają się rozchodzić. Saul przez dwadzieścia minut próbuje przekonać mnie i Simona, żebyśmy wybrali się jeszcze do klubu, ale choć wciągnęłam kilka kresek, czuję się padnięta, a Simon tłumaczy, że jest zbyt pijany, i w końcu Amanda zabiera Saula do domu.

– Chodź do łóżka, Em – mówi Simon, gdy zostajemy tylko we dwoje.

– Za chwileczkę – odpowiadam. – Jestem tak zmęczona, że nie mogę się ruszyć.

– Pachniesz tak cudownie. – Muska nosem moją szyję. – Chodź do łóżka.

– Si – odzywam się z wahaniem.

– Co?

– Chyba nie mam dziś ochoty na seks. Przepraszam.

Nie kochaliśmy się od czasu włamania. I nigdy tak naprawdę o tym nie rozmawialiśmy. To jedna z tych rzeczy.

– Powiedziałaś, że tutaj wszystko będzie inaczej – mówi łagodnie.

– Będzie – odpowiadam. – Ale jeszcze nie teraz.

– Jasne. Nie ma pośpiechu, Em. Żadnego.

Gdy leżymy później obok siebie w ciemnościach, Simon odzywa się cicho:

– Pamiętasz, jak uczciliśmy wprowadzenie się do Belfort Gardens?

Rzuciliśmy sobie głupie wyzwanie: przed upływem pierwszego tygodnia mieliśmy się kochać w każdym pomieszczeniu nowego mieszkania.

Simon nie dodaje nic więcej. Cisza przedłuża się, aż w końcu zapadam w sen.

 

Kup e-booka lub audiobooka na Woblink.com
wróć na górę
#!