Piekielna Strona Popkultury: Amok – zła książka i genialny film

w dziale Archiwum/Co słychać?/Książka czy film/To nas grzeje by

Z reguły nie piszę recenzji godzinę po zakończonym seansie. Ba, nawet nie godzinę, ledwie 40 minut. To zawsze dla mnie dość trudne, zwykle muszę się z filmem „przespać” przemyśleć, przegadać go. Tym razem postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę i spróbować się z nim zmierzyć na świeżo. „Amok”, bo o tym filmie mowa, to kolejna, bardzo dobra polska pozycja. Takie filmy, przywracają mi wiarę w to, że jednak potrafimy nie tylko dobrze wyreżyserować film, ale też nakręcić go i co najważniejsze – zagrać.

Zacznijmy jednak od tego, że sam pomysł filmu, jest w pewien sposób wtórny. Nie tak dawno temu, mieliśmy bowiem okazję oglądać „Jestem mordercą” – produkcję stworzoną na bazie głośnego swego czasu procesu, Wampira z Zagłębia. W przypadku „Amoku” mamy sytuację całkiem podobną, choć nie bliźniaczą.

„Amok” jest bowiem historią, która dotyczy bardzo głośnej sprawy Krystiana Bali. Napisał on… książkę. No dobra, straszliwie grafomańską, okropną i nie dająca się w ogóle czytać. Śmiem przypuszczać, że już „50 Twarzy Greya” byłoby od niej lepsze. Mniejsza jednak o nią samą. Bardziej istotne jest to, co zostało w niej opisane, a nie jak została napisana. „Amok”, opisuje bowiem zabójstwo kobiety na tle seksualnym. Opisuje ją bardzo dokładnie, z najdrobniejszymi wręcz szczegółami. Sam autor jest też chorobliwie zafascynowany sprawą zabójstwa Dariusza J., którego ciało wyłowiono z Odry. Krystian Bala, staje się głównym podejrzanym o jej zaplanowanie, zlecenie i nadzorowanie. Motywem miała być zazdrość o żonę. Sąd skazał go na 25 lat pozbawienia wolności, jednakże nie miał ani jednego „twardego” dowodu w sprawie. Bala został skazany na podstawie 10 z 14 poszlak, które ułożyły się w ciąg logicznych zdarzeń.

Sytuacja w gruncie rzeczy analogiczna do tej, która została przedstawiona w „Jestem mordercą”, jedynie pod względem wątpliwości co do winy. Cała reszta jest jednak oparta na zupełnie innych motywach.

Uwielbiam filmy, w których jest „drugie dno”. „Amok” zapowiadał się jako całkiem prosta, choć trzymająca w napięciu historia. Nic bardziej mylnego. Reżyser filmu, Kasia Adamik, postawiła na nieco szersze ujęcie tematu, aniżeli skupienie się li i jedynie na samej zbrodni i intrydze. One oczywiście stanowią oś fabularną i są punktem odniesienia do wszystkiego, co się w filmie dzieje. Na dłuższą metę jednak, to wcale nie jest film o morderstwie czy też – domniemanym morderstwie. „Amok” jest bowiem doskonałym filmem psychologicznym, który w bardzo ciekawy sposób ukazuje nam różne oblicza ludzkiej natury.

Mamy dwójkę głównych bohaterów: Autora – Krystiana Balę oraz inspektora, który prowadzi jego sprawę. W roli inspektora, obsadzony został rewelacyjny Łukasz Simlat. Dawno nie spotkałam się z tak dobrym doborem aktorów w polskiej produkcji. Nawet w „Jestem Mordercą” nie był on tak dobry. Pozornie, mamy motyw „dobrego i złego”. Właśnie – pozornie. Nasi główni bohaterowie są bowiem bardzo, ale to bardzo niejednoznaczni i to w zdecydowanym stopniu działa na plus całej produkcji.

Motyw lustra, odwołania do filozofii Nietzschego, idea nadczłowieka – to wszystko w „Amoku” znajdziecie. Co więcej jest to tak dobrze wkomponowane w całość, że nie mamy tutaj wrażenia iż film jest „przekombinowany”. Filozofia owszem, jest w nim obecna, ale pełni tez ona bardzo konkretną funkcję.

Nasza dwójka bohaterów, jak już wcześniej wspomniałam, została skonstruowana na zasadzie motywu lustra. Co więcej, nie jesteśmy w stanie jednoznacznie opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron, choćbyśmy naprawdę bardzo chcieli. To, jak złożona jest ich psychika, jak złożone są motywacje, które nimi targają – istny majstersztyk. Warto też podkreślić, że w filmie nic nie jest nam narzucane. Co dokładnie mam na myśli? Otóż przede wszystkim, reżyserka nie wciska nam opinii, jaką mamy sobie wyrobić o tym czy innym bohaterze. On jedynie pokazuje nam pewien obraz, a to, co my z tym zrobimy, to już jest tylko i wyłącznie nasza kwestia. Znamy motywacje bohaterów, wiemy, co dokładnie przeżyli. Ocena ich moralności pozostaje w stu procentach w naszej gestii. W zasadzie przez cały film, mamy okazję obserwować swoistą wojnę pomiędzy autorem „Amoku” a inspektorem policji. I co najważniejsze, nie ma w niej jednoznacznego zwycięzcy. Autor co prawda został skazany, ale czy to oznacza, że przegrał?

Skojarzenie, które nasunęło mi się w odniesieniu do konstrukcji głównego bohatera, to że jest on trochę jak Joker z Batmana. To w gruncie rzeczy psychopata, który ma obsesję na punkcie zbrodni a jednocześnie uważa się za nadczłowieka. Dla niego nie istnieje pojęcia dobra czy zła. Liczy się tylko on. Jest więc zatem egoistą, który nie troszczy się ani o syna, ani o żonę. Za nic ma sobie rodziców, co jest zresztą doskonale pokazane w jednej ze scen, kiedy cała rodzina siedzi przy stole. Krystian Bala z jednej strony siedzi z nimi przy jednym stole, z drugiej zaś, bardzo dobrze widać, ze nie jest to miejsce, w którym chciałby się teraz znajdować. Sam fakt, że miał on swój własny pokój do którego żaden z domowników nie miał dostępu, też jest tutaj znamienny. Z Balą ewidentnie „było coś nie tak”. Pytanie tylko, czy była to kwestia fascynacji filozofią, czy też efekt psychicznych zaburzeń. A może jedno i drugie? Faktem jest natomiast jedno – Krystian Bala był nie tylko szaleńcem i psychopatą. Był tez piekielnie inteligentny, co skrzętnie wykorzystywał – zarówno w stosunku do rodziny, jak również do śledczych, którzy zajmowali się jego sprawą.

Wydawać by się mogło, że „Amok” kręci się wokół dwóch postaci – inspektora i Bali. Tego typu filmy, mają bowiem tendencję do tworzenia wątków pobocznych, które jednak w ostatecznym rozrachunku, okazują się zupełnie zbędne. „Amok” wydaje się czynić pierwszy krok w kierunku tego, że te wątki poboczne, jednak mają dla nas znaczenie. Nie są one tak bardzo wyeksponowane, ale to właśnie dzięki nim, lepiej nam jest zbudować sobie pełen obraz sytuacji. Co więcej, w znaczącym stopniu dopełniają nam one charakterystykę głównych bohaterów. Gdyby bowiem nie wątek byłej żony inspektora, nigdy w życiu nie doszlibyśmy do tego, co sprawiło, że jest on taka a nie inną postacią. Z kolei wątek rodziców Bali daje nam całkiem ciekawe spojrzenie na to, jak był on postrzegany w rodzinie – co w przypadku tego typu produkcji ma bardzo duże znaczenie. Kluczowymi postaciami dla naszego głównego, nazwijmy to, antagonisty są jednak jego była żona oraz syn. Przez ich pryzmat, widzimy bardzo wyraźnie, jak destrukcyjną i toksyczną osobą był Bala.

Nie samymi postaciami i ich konstrukcją „Amok” stoi. Powiedzmy sobie szczerze – dobra narracja i porządne zbudowanie napięcia, wymagają nie tylko ciekawych postaci czy dobrej gry aktorskiej, ale też takich środków jak muzyka, montaż czy wreszcie – scenografia. Skupmy się na razie jednak na muzyce. Ta jest tutaj doskonałym przykładem na to, jak powinno się budować napięcie w filmie a co za tym idzie, jak porządnie wciągnąć widza w historię, którą ogląda. Warto podkreślić, że cała historia ma miejsce na początku tego stulecia. Widzimy to doskonale chociażby poprzez to, jakich komputerów używają bohaterowie czy  jakich telefonów komórkowych używają. Serwisy takie jak Allegro czy tez różnego rodzaju portale randkowe, dopiero raczkują, ale jednak są one obecne. Nie inaczej rzecz się ma, jeśli mowa o muzyce która jest w pełni kompatybilna z czasem, w którym dzieje się akcja. Są to nowoczesne brzmienia, jednakże nie na tyle, aby można było je przypisać tym sprzed dwóch czy trzech lat. Co za tym idzie, nie tylko mamy odpowiednio zbudowane napięcie – bo te brzmienia naprawdę „robią dobrą robotę”, ale też cały obraz jest przez to bardzo spójny. Podobnie jeśli chodzi o scenografie. Wnętrza nie są nowoczesne – widzimy jeszcze pewne relikty minionej epoki, ale czuć już w nich powiew „nowego”. Szczególnie wyraźnie jest to widoczne w scenie, kiedy jeden z bohaterów, szuka informacji na temat Bali, jednocześnie przygotowując mleko dla chorego dziecka. Z jednej strony posługuje się on laptopem, z drugiej zaś jego mieszkanie wcale nie jest takie nowoczesne. To ciekawy zabieg i zdecydowanie działa on na korzyść całej produkcji.

Co do samego zakończenia filmu, to także nie mam się do czego przyczepić. Może jedynie do tego, że nie ma w nim jako takiej klamry kompozycyjnej, ale z drugiej strony nie jest ona też potrzebna. Co za tym idzie, nie ma tutaj sytuacji, jak w przypadku „Jestem mordercą”, gdzie zakończenie jasno dawało nam do zrozumienia, jakie jest zdanie reżysera na temat całej sprawy. „Amok” kończy się tak jak w znanej z gazet sprawie kryminalnej – Bala zostaje skazany i siedzi w celi. Nie wiemy jednak, czy rzeczywiście osiągnął on to, co chciał – sławę i „chwałę”. Nie wiemy, czy jest mu z tym dobrze. Ostatnie ujęcie nie pokazuje nam żadnych emocji głównego bohatera i może właśnie o to chodziło. To także bardzo duży ukłon w stronę widza – niech sam zdecyduje, czy stoi on po stronie Bali, czy też nie.

„Amok” postanowiłam obejrzeć w dużej mierze z powodu „piątku”. Nie miałam absolutnie ochoty na film trudny, czy mocny. Patrząc na opis filmu, zakładałam, że dostanę coś, co będzie podobne do „Jestem mordercą”. Jak się okazało – wpakowałam się w spore maliny, ale nie żałuję. To był naprawdę dobry seans. Bez niepotrzebnego, filmowego gadania, z wartką akcja i fabułą, która bardzo powoli, acz skutecznie wciągała widza w historię. Nie powiem, ze świetnie się na tym filmie bawiłam, bo to nie tego rodzaju produkcja. Z całą pewnością, mogę jednak przyznać, że „Amok” okazał się mimo wszystko dobrym wyborem, jeśli chodzi o film na piątkowy wieczór. Dla kogoś, kto lubi produkcje opierające się o realne sprawy, jest to pozycja obowiązkowa. Dla kogoś, kto lubi dobre thrillery psychologiczne – także. A jeśli nie jesteście przekonani co do tego, że nasze rodzime produkcje mogą być i co najważniejsze – są dobre, to tym bardziej musicie się do kina wybrać.

Post został pierwotnie opublikowany na Piekielnej Stronie Popkultury.

O autorce

Szatan. Szatanek. Szatańska. W dowodzie: Anna Elżbieta Szatan. Maniaczka seriali, pochłania je w ilościach hurtowych, niektóre tylko z przyzwyczajenia, niektóre bo łał, ale fajne. Zakochana w Batmanie, a ostatnimi czasy niedoszła mistrzyni Pokemon. W życiu ma więcej szczęścia niż rozumu – potrafi wygrać w konkursie rzecz wartą blisko tysiąc złotych czy też znaleźć na ulicy 100 zł. Szczęśliwa posiadaczka psa rasy mieszaniec szlachetny, kujawsko-pomorski, zwanego potocznie Rogalem. Na co dzień copywriter w agencji marketingu internetowego. W efekcie – praktycznie cały czas przy klawiaturze. Kiedy nie ogląda seriali i nie jest w pracy, potrafi w cudowny sposób marnować swój czas, grając w gry głównie te flashowe, ale nie tylko. Zawodowo potrafi  znaleźć sobie milion zajęć, żeby nie robić tego, co akurat robić powinna. Członkini Stowarzyszenia Miłośników Gier i Fantastyki Thorn (tak, to ci co robią m.in Copernicon). Jak już coś ją zaciekawi – to na amen. Szczęśliwa dziewczyna gamera i nerda (gamer i nerd to w jednej osobie, żeby nie było). Ma ogromną słabość do dobrego jedzenia, a co ciekawsze sama też nieźle gotuje. Jej super mocą jest zdolność stworzenia całkiem smacznego jedzenia właściwie z niczego. Kocha podróże, choć nie znosi się pakować. I rozpakowywać. Bywa bałagniarą ale jak już sprząta to dokładnie. Nie znosi mycia naczyń. Nie uznaje biurka – jej centrum dowodzenia wszechświatem znajduje się na łóżku. Uzależniona od kawy – koniecznie z mlekiem i cukrem. Opcjonalnie z kakao. Marzy jej się podróż do Paryża. I Tokio. I do Londynu. Berlina? Więcej grzechów nie pamięta.

wróć na górę
#!