„Kokony” – przedpremierowy fragment thrillera Ule Hansena

w dziale Archiwum/Co słychać?/To nas grzeje by

O Ule Hansenie w najbliższym czasie zrobi się głośno, a to za sprawą thrillera „Kokony”, który dosłownie wbija w ziemię. Z tym twórcą jest jednak pewien problem. Jeśli próbowalibyście znaleźć jego metrykę, szkolny dyplom czy choćby zdjęcia ze studiów, poniesiecie porażkę. Bowiem pisarz o takim imieniu i nazwisku nigdy się nie urodził.

Pod pseudonimem Ule Hansena publikuje wyjątkowy duet literacki, w skład którego wchodzi Astrid Ule, niemiecka pisarka i redaktorka, oraz Eric T. Hansen, amerykański dziennikarz. Choć napisali wspólnie kilka scenariuszy filmowych i książek non-fiction, to „Kokony” są ich pierwszą wspólną powieścią i pierwszym thrillerem. Choć po przeczytniu poniższego fragmentu, będzie Wam w to ciężko uwierzyć.

1

Trzymała w ręku paczkę. Paczkę od niego.

Nie poruszała się. Nie była w stanie. Ledwie mogła od­dychać.

Zanim dostrzegła jego nazwisko na rewersie, zdążyła przejść spod drzwi mieszkania do kuchni. Piętnaście sekund? Dziesięć? Mniej? Aż zdała sobie sprawę, co było na etykiecie nadawcy. Skąd miał jej adres? Nie widniała w książce telefo­nicznej ani w żadnym spisie.

W ciągu ostatnich lat często widywała jego nazwisko.

W aktach policyjnych i procesowych, których kopie prze­chowywała w domu, w internecie, na jego stronie interne­towej, którą odkryła dość szybko po wypuszczeniu go na wolność, w artykułach i wywiadach na temat jego nowego życia, jego resocjalizacji, w jego wykładach, filozofii życia i krzepiących słowach, w artykułach, które mimo wszystko zawierały krytykę, ale też podziw, wciąż podziw: podziw zafa­scynowanych dziennikarzy, celebrytów przyznających się do bycia jego fanami i rosnącej rzeszy publiczności.

Bywały okresy, w których nie tykała tych brudów. Cza­sami całymi tygodniami. W końcu ulegała słabości, zwykle późnym wieczorem, i wszystko wyciągała, artykuły i akta, i czytała je, a potem szukała w sieci jego nazwiska.

Ale jeszcze nigdy nie odezwał się do niej osobiście.

Nie wysłał niczego pocztą, e-mailem, nie zadzwonił. I nagle paczka, opatrzona nawet adresem zwrotnym. Więc jakiś czas temu przeprowadził się do Berlina.

Paczkę musiał odebrać za nią sąsiad, prawdopodobnie w sobotę, i położył ją pod drzwiami wczoraj wieczorem. Znalazła ją, kiedy wychodziła do pracy. Była ciężka jak na swoje gabaryty, opakowana w szary papier, klasyczna, pro­stokątna, ciasno owinięta – książka. Wiedziała nawet jaka. Jego książka. Książka, o której czytała w gazetach. W więk­szości same superlatywy. Występował nawet w telewizji. Dwukrotnie. Nie obejrzała tych programów. Nagrała je. Czekały na nią te nagrania. Pewnie pokazywał na nich do kamery swoją książkę.

Pozdrowienia. Pomyślała, że w środku będą pozdrowie­nia. Musiały być. Autor nie wysyła przecież książki bez paru osobistych słów, prawda? Jakaś dedykacja albo kartka. Na przykład: „Serdeczne pozdrowienia”. Albo: „Pozdrowienia od starego przyjaciela”.

A może tak: „Myślę o tobie – twój gwałciciel”.

Emma Carow stała w kuchni i nie mogła się poruszyć.

Wpatrywała się w podłogę. Linoleum, z rodzaju tych, z ja­kich dawniej robiło się blaty, soczyście zielone, wypolerowane na błysk, przywodziło na myśl szkołę albo stary kantor handlowy. Do tej kategorii należała również wiekowa kuchenna ława i masywny drewniany stół. Jej siostra Sarah zauważy­ła kiedyś, że Emma całe swoje mieszkanie urządziła w sty­lu dawnego kantoru handlowego, nawet kuchnię i sypialnię. To nie było całkiem fair z jej strony. Sterta kubków w zlewie, piętrzące się wszędzie książki i czasopisma, czy coś takiego można znaleźć w kantorze? No dobra, może stare kompendia wiedzy, klasycy, Goffman, Dahle & Dölling, najnowsze wy­danie MKS*. Ale przecież nie archaiczne prospekty biur po­dróży, dziecięce rysunki, zeszyty z krzyżówkami otrzymane od starej sąsiadki, rozwiązane, z wyjątkiem paru, które były za trudne – te sąsiadka zostawiała dla Emmy; takich rzeczy nie znajdzie się w starym kantorze, bez przesady.

Górna lampa rzucała na stół i podłogę stożek ciepłego, żół­tego światła. Poza jego obrębem panowała jeszcze ciemność. Było zbyt wcześnie rano. W październiku w Berlinie szybko gęstniała ciemność. Noc przetaczała się przez wschodnią gra­nicę i odpychała dzień każdego ranka trochę później, chmury nadciągały z zachodu, z północy, zewsząd właściwie, i wisiały nad miastem, a mrok cichcem zakradał się w każdy kąt, w każ­dy zakamarek, jak mgła, która pieści i przygniata ciężkim od­dechem. Październik w Berlinie. I nie tylko październik.

Emma stała w złocistym snopie światła i wyobrażała so­bie, jak otwiera paczkę. Nie zrobiła tego jednak. Wyobrażała sobie też inne rzeczy, których nie zrobiła: na przykład to, jak nie wsiada wtedy do jego samochodu. Tak po prostu.

A także to: on siedzi w księgarni za stolikiem i podpisuje książki, kolejka jest długa, on żartuje ze swoimi wielbicielami, roztacza swój urok, aż zauważa, kto przed nim stoi – ona. Emma. Jego ofiara. Z kijem bejsbolowym w ręku. Emma unosi kij i jednym machnięciem zrzuca ze stolika stertę ksią­żek. Jego urok topnieje jak śnieg w słońcu. On chowa się pod stołem, ona wyciąga go stamtąd, jego wielbiciele stoją bez ru­chu, boją się interweniować; wiedzą, kim ona jest.

Albo w sali sądu, kiedy Emma jako oskarżycielka posiłko­wa słucha ogłoszenia wyroku. Nie może widzieć jego reakcji, ale wie, że się uśmiecha. Siedem lat? To tylko kolejny etap w jego karierze, jak edukacja szkolna albo parę miesięcy służ­by wojskowej. Kto wie, może nauczy się przez ten czas czegoś pożytecznego? A potem on się odwraca, z uśmiechem zasty­gającym na widok broni w jej ręku, oblewa się potem, otwiera szerzej oczy, drży, nie może wydobyć słowa, pierwszy strzał nie trafia go, o nie, to strzał ostrzegawczy, on pada na kolana, żebrze, błaga, skamle o wybaczenie, a wtedy ona strzela po­nownie, tym razem celnie.

A na koniec zawsze i niezmiennie wyobrażała sobie, jak wsiada do jego samochodu. Czemu nie? Nie boi się. Zna go przecież. Żartują. Nawet kiedy zjeżdżają z autostrady i docie­ra do niej, że nie wiezie jej do domu, tylko do lasu, do domku myśliwskiego, na kawę, bo naszła go taka wielka ochota na kawę, nawet wtedy Emma śmieje się i flirtuje, nie czuje strachu. Nawet wtedy, gdy on w wyziębionym leśnym domku swoich rodziców parzy kawę, kiedy chce jej coś pokazać, coś, co wyjmuje z szuflady ojca, gruby myśliwski nóż ze zmysło­wo połyskującą rękojeścią, nawet wtedy ona nie czuje stra­chu, bo wie, że on nie może jej zmusić, by położyła się na łóżku, nie może jej rozciąć ubrania, nie może przyłożyć jej do gardła ostrza: grubszego na grzbiecie i nieprawdopodob­nie ostrego na krawędzi tnącej, przeznaczonego do rozpła­tywania szyi potężnych stupięćdziesięciokilowych jeleni, on nie może przygnieść jej, jak drapieżnik przygniata miotają­cą się zdobycz, błagającą i skamlącą, nie może wedrzeć się w nią, a potem przywiązać do łóżka, tak jak pęta się ubitą sarnę do transportu. Dla wygody. On nie może zrobić tego wszystkiego, bo ona jest szybsza i silniejsza, bo to ona jest tu drapieżnikiem. Tym razem to ona ma w ręku nóż i tnie nawet wtedy, gdy on obiecuje, że zawiezie ją do domu, gdy przysięga, że to był tylko żart, gdy błaga, by darowała mu życie, nawet wtedy, gdy jest już tylko kłębkiem strachu, nawet wtedy zadaje mu cios twardą, ostrą klingą, która z łatwością wchodzi w skórę, solidna robota, zionie mu do ucha gorącym, cuchnącym oddechem, nazywa go „dziwką” i „cipą”, tak jak on wtedy, przyciska go do łóżka, a jego twarz wykrzywia się w zgrozie i zamienia w niemal komiczną maskę przerażenia i szoku, bo nigdy nie sądził, że przytrafi mu się coś takiego, to niemożliwe, to musi być jakaś pomyłka, myśli, tak jak myślała wtedy ona, a teraz to ona tnie nożem, najpierw w szyję, skąd tryska krew, życiodajny sok, zmarnotrawiony na niego, wbija nóż w jego miękki brzuch poniżej klatki piersiowej, a potem rozcina mu spodnie, bierze do ręki jego fiuta i jaja, ach, jakie skurczone, jakby chciały się schować, uciec, jakby wiedziały, co nastąpi. Bierze do ręki żałosne narządy i jednym nagłym ruchem odcina je, jakby to były odrzynane od filetu z kurcza­ka i odrzucane chrząstki, odpady, niewarte uwagi śmieci, na co to komu potrzebne, jemu w każdym razie już na nic.

To nie były nowe fantazje. Emma często wyobrażała so­bie podobne rzeczy. Koniec zawsze był taki sam: po wszyst­kim – nie dlatego, że było po wszystkim, tylko dlatego, że te fantazje tak bardzo ją wyczerpywały – nie czuła satysfakcji. Ani szczęścia. Wciąż była kobietą, którą ją uczynił. Drżała na całym ciele, a ciemna pięść w jej wnętrzu odcinała jej do­pływ powietrza, zawsze obecna, nigdy nieznikająca, choćby nie wiadomo ile razy go zabijała w swojej wyobraźni. To oka­leczone życie, które jej zgotował, teraz było jej.

Nie otworzyła paczki z książką.

Zaniosła ją w obu rękach do salonu. Uklękła pod oknem przed starą szafką z okratowaną klapą, która nadawała jej wy­gląd obudowy kaloryfera, i ją otworzyła. Wyciągnęła ze środ­ka wyblakłe skoroszyty, album ze starymi relacjami z procesu i wydrukami z jego strony internetowej, jego pierwsze artykuły, opublikowane, gdy jeszcze siedział w więzieniu, jego wykłady, ponumerowane płyty DVD z jego wystąpieniami w telewizji i skrótami z przesłuchań.

Oraz nóż. Nie jego nóż, tamten był unikatem. Od Wolf­ganga Gerheima, autentyk. Czegoś takiego nie produkowali seryjnie, ale Gerheim wykonał dla niej replikę o tych samych wymiarach: nóż o długości dwudziestu czterech centymetrów łącznie z ostrzem, z rękojeścią z polerowanego drewna mor­wowego, głownią ze stali 1.1545 o twardości 59 HRC. Do złudzenia przypominał tamten nóż. Piękny, wygięty zmysło­wo przedmiot. Ciemne, błyszczące drewno wpadało w czer­wień, płonącą, żywą, rękojeść gładko przechodziła w twardą, elegancką głownię, a sztych wydawał się przeć naprzód, ku żywej tkance. Chroniła go skórzana pochwa ręcznej roboty. Emma rzadko go wyjmowała. Zawsze drżały jej przy tym ręce. Karton i bibułkę, w którą był opakowany, dawno już wyrzuciła, ale nie chciała, aby nóż leżał bez pochwy. Chciała oglądać go tam, gdzie było jego miejsce, a nie tam, gdzie był­by poza jej kontrolą.

Znów, pokonując niechęć, brała wszystko po kolei do ręki. To było konieczne. Na sam dół szafki wsunęła nierozpieczę­towaną paczkę i ułożyła na niej całą resztę, ostrożnie, dopa­sowując przedmioty do siebie jak kawałki układanki, aż wnę­trze wypełniło się całkowicie. Na samym dole paczka: aby się do niej dostać, musiałaby wyjąć wszystko inne. Może wtedy zmieni jeszcze zdanie. Nie dziś. Za dużo zachodu.

Wiedziała jednak, że pewnego dnia wróci i ją otworzy.

Cofnęła się do przedpokoju i spojrzała na zegarek. Spraw­dziła zawartość torebki: kosmetyki do makijażu, komórka, klucze, pieniądze, dowód. Służbowa odznaka. Służbowa broń. A potem pojechała do pracy.

Weekend wreszcie minął.

 

2

Upłynęło całe pięć dni, zanim potrójne zwłoki trafiły na biur­ko Emmy.

Jej biurko, oddalone zaledwie o kilka minut drogi od domu. Z mieszkania w kamienicy sąsiadującej z budynkiem, przez który przejeżdżało metro, bezpośrednio koło Gleisdreieckspark, parku od lat trwającego w niedokończonym stanie, je­chała srebrnym volkswagenem polo, mijając po drodze nie­zliczone place budowy, piekarnie i zakłady fryzjerskie, potem zapuszczoną Kurfürstenstraße, obok kawiarni Einstein w sa­mym sercu częściowo zasyfiałego, częściowo odpicowanego zachodniego Berlina, odbijała w prawo w Keithstraße, gdzie liście opadały już z drzew szybującym lotem, jeszcze tylko parę minut krążenia w kółko, szukania wolnego parkingu, i już była na miejscu.

LKA 1, departament Krajowego Urzędu Kryminalnego zajmujący się deliktami na ludziach – morderstwami, prze­stępstwami na tle seksualnym, zaginięciami – mieścił się w budynku zajmującym prawie pół kwartału. Był twierdzą z dziewiętnastego wieku, z łukowatą bramą, takimiż oknami, kolumienkami, gzymsami, ozdobnymi figurami – nie na dar­mo nazywano go Zamkiem. Hol główny przypominał we­stybul opery: wysokie filary, kasetonowe sklepienie, wygięte schody, a pośrodku znudzony portier, z którym trzeba się miło przywitać. Potem wchodziło się po schodach i przemierzało długie korytarze o sraczkowatych albo zgniłozielonych ścia­nach i niepotrzebnie wysokich sufitach. Ciemno tu było, mrok ledwie rozjaśniały mdłe jarzeniówki, w końcu trzeba oszczędzać; za wystawną fasadą kryła się zwyczajna jaskinia urzędasów. Szło się do końca, mijało budynek pośredni, a po­tem wchodziło na górę, na najwyższe piętro. Pokój 506 był biurem typu open space, jasnym i wysokim. Po lewej stronie biurka, na wprost stół konferencyjny, po prawej przeszklone drzwi do biura szefa, a pośrodku tablice korkowe i suchoście­ralne na kółkach, regały z kompendiami wiedzy i rocznikami czasopism, zakurzony stolik z klockami Lego do rekonstruk­cji miejsc zbrodni – idiotyczny pomysł – szafki na akta, kącik kawowy i gdzieś na samym końcu zagracona kanciapa. Tu mieściło się biuro OFA**, czyli wydział profilowania krymi­nalnego, zwany Teatrzykiem Lalkowym.

Emma była pierwsza. Jak zawsze.

Zapaliła wszystkie światła, włączyła ekspres do kawy, uru­chomiła komputer, wytarła do czysta białą tablicę, uchyliła okno. Wzięła głęboki wdech. Czuła jeszcze zapach środków czystości pozostawiony przez brygadę sprzątającą. Słuchała bzyczenia świetlówek, które zapalały się z migotaniem jedna po drugiej, klik, klik, bzzz. Na zewnątrz jeszcze nie całkiem zrobiło się jasno, a ona stała na pokładzie rozświetlonego statku kosmicznego.

Całkiem sama, wcześnie rano. Czuła się jak w domu. Więcej. Jak w lepszym domu, w magicznym pokoju, w któ­rym z niczego mogło zrodzić się coś. Być może jakiś sens.

Dopóki nie przyjdą pozostali, oczywiście.

Zanim zrobi się całkiem jasno i głośno. Zanim Brenne­mann zacznie pokrzykiwać, a Sigmar i Matze będą przerzu­cać się jadowitymi uwagami, wkurzając wszystkich wokół. Nie to, żeby nie lubiła swoich kolegów. Emma lubiła ludzi. Tylko w pracy preferowała ich nieobecność.

I wtedy zobaczyła na swym posprzątanym biurku gruby skoroszyt.

Potrójne zwłoki.

Te, na które tak się cieszyła. Cieszyła się jak dziecko na nowy rower, jak ćpun na kolejną działkę. Od paru dni wszy­scy mówili tylko o tym, spekulowali, zgadywali. Na korytarzu, w stołówce, na piwie w Fürstentränke i oczywiście w prasie. Czy to było normalne? Żeby się cieszyć na zwłoki? Może. „Patologiczne”, powiedziałaby Sarah. Mniejsza o to. Cały świat kochał wiszące zwłoki z placu Lipskiego. I wreszcie trafiły do Emmy.

Usiadła i zaczęła czytać raport.

Dwudziestego trzeciego października o 16.53 w centrum po­wiadamiania ratunkowego zadzwonił telefon. Niejaka Tatja­na Greve chciała zgłosić zaginięcie syna: dziesięcioletni Elias zniknął z hotelu Ritz-Carlton przy placu Poczdamskim, gdzie zatrzymała się rodzina z Brunszwiku. Rodzice położyli się na chwilę. Kiedy się obudzili tuż po szesnastej, zoriento­wali się, że chłopca nie ma.

Funkcjonariusze H. Peters i L. Gotzkowski pojechali do hotelu, zaraz potem przekazano im opis dziecka. Okazało się, że niepotrzebnie, ponieważ około 17.35 policjantów wezwa­no do hotelowego lobby. Elias Greve się odnalazł.

Chłopiec był lekko ranny i znajdował się w stanie szo­ku. Pojawiło się podejrzenie, że został wykorzystany seksual­nie. Chociaż ledwie mógł wykrztusić słowo, funkcjonariusze zdołali zadać mu parę pytań. Zanegował, że ktoś zrobił mu krzywdę, nieustannie mówił jednak o „kosmitach”.

Policjantom z trudem udało się wydobyć od niego jasne zeznania. Mówił, że poszedł się powspinać, wszędzie znaj­duje miejsca, gdzie można się wspinać, ześliznął się, uderzył o kilka drążków, pokiereszował się do krwi i prawie stracił przytomność. Zaprzeczył, jakoby ktoś go zepchnął, obstawał jednak przy tym, że spadł dopiero wtedy, gdy zorientował się, że „kosmici” nie żyją, po tym jak nie chcieli z nim rozmawiać.

Sceptyczni Peters i Gotzkowski, do których dołączyli sa­nitariusze, polecili chłopcu pokazać miejsce, gdzie, jak twier­dził, widział kosmitów. Elias zaprowadził ich na skrzyżowa­nie Ebertstraße i ulicy Lipskiej, gdzie plac Lipski przechodzi w Poczdamski.

Znajdujący się tam narożny budynek wygląda jak normalna ośmiopiętrowa kamienica dorównująca wysokością sąsiednim domom i przylegająca do nich tylko jednym bokiem. Jednak trzy wolne ściany od posady aż po dach obleczone są napiętą, zadrukowaną oknami i drzwiami płachtą, która tylko symu­luje fasadę. Górna połowa tej sztucznej elewacji wykorzysty­wana jest jako powierzchnia pod dwie gigantyczne reklamy (od strony Ebertraße zdobią ją modelki w bieliźnie, od strony placu Lipskiego – Mercedes, zaś szpiczasty narożnik wycho­dzący bezpośrednio na skrzyżowanie jest pusty).

Chłopiec poprowadził policjantów do narożnika budynku i pokazał nieduże wejście w plandece. Drewniana rama za­mykana była na kłódkę, ta jednak wisiała na samym skoblu, więc drzwi dało się otworzyć.

W środku, wbrew temu, czego się spodziewali, funkcjo­nariusze natknęli się nie na ruderę do rozbiórki, lecz ogrom­nych rozmiarów trójwymiarowe rusztowanie przestrzenne w kształcie plastrów miodu ze stalowych nośników.

– I to było tutaj przez cały czas? – zdumiał się Gotzkow­ski. – Myślałem, że tu stoi kamienica.

Jeden z sanitariuszy zażartował, że w tym mieście wszyst­ko jest jedną wielką dekoracją.

Na pytanie, gdzie widział „kosmitów”, chłopiec pokazał w górę – wyglądało na to, że wspinał się po rusztowaniu. Nie­zliczone drążki tworzyły tak gęstą sieć, że w głąb konstrukcji dało się zajrzeć najwyżej na dziesięć metrów wzwyż, nawet posługując się latarką, gdyż zaczynało już zmierzchać.

Peters, który miał doświadczenie alpinistyczne, podjął wspinaczkę po rusztowaniu dokładnie tą drogą, którą obrał uprzednio chłopiec. Na wysokości około trzech „pięter” prze­stał być widoczny z dołu i od tego momentu komunikował się z Gotzkowskim wyłącznie przez komórkę. Chwilę potem zo­baczył w świetle latarki, że wyżej, mniej więcej na wysokości piątego piętra, zza metalowych rur prześwituje coś srebrnego. Propozycję kolegi, żeby zawrócił, zbył słowami:

– Jeśli ten mały sobie poradził, to ja też.

Po kolejnych piętnastu, dwudziestu minutach policjant zbliżył się do trzech srebrzystych, przypominających kokony tworów wielkości ludzkiego ciała.

– Teraz rozumiem, skąd ta gadka o kosmitach – rzucił do telefonu.

Wwindował się na ich wysokość i zwieszając się na rękach, przemieścił ku nim, aż znalazł się na wprost nich. Chciał właśnie dokonać dokładniejszych oględzin za pomocą latarki, gdy z trzaskiem włączyły się reflektory oświetlające plakaty reklamowe po obu stronach budynku. Wnętrze rusztowania zalało światło. Nastąpiło to tak nieoczekiwanie, że omsknął się w dół, tak jak wcześniej chłopiec. W ostatniej chwili zdo­łał przytrzymać się rurki. W świetle reflektorów dostrzegł luki w górnych partiach kokonów, w których rozpoznał ludz­kie twarze w zaawansowanym stadium rozkładu. Po fakcie zrelacjonował, że nagły widok trzech martwych i uległych rozkładowi twarzy wprawił go w szok. Ponownie obsunął się z rusztowania, jednak spadając tym razem, zwichnął sobie staw barkowy. Utrzymał się z wielkim wysiłkiem, upuścił jed­nak telefon, tracąc tym samym kontakt z partnerem.

Gotzkowski słyszał tylko dochodzące z góry okrzyki bólu. Telefonicznie wezwał posiłki, z trudem przekonując centra­lę, że za fasadą narożnego budynku jest tylko rusztowanie. Następnie sam wspiął się na górę do Petersa, co zajęło mu trochę czasu. Na miejscu potwierdził, że wisi tam troje ludzi, całkowicie – z wyjątkiem górnej połowy twarzy – owiniętych srebrną taśmą przemysłową. Wszyscy byli martwi.

Gotzkowski postanowił nie ryzykować zejścia na dół. Za­czekał na rusztowaniu na przybycie ratowników. Aby ulżyć Petersowi, któremu doskwierał silny ból, paskami przywiązał ramię i nogę kolegi do żerdzi.

W późniejszych relacjach z tych wydarzeń Peters i Gotzkowski opisywali, że kiedy tkwili godzinę na wysokości trzy­dziestu trzech metrów, uczepieni śliskiej stalowej sztangi, w towarzystwie owiniętych w kokony trupów, co chwila oglą­dali się za siebie, przeświadczeni, że za ich plecami ktoś jest.

 

3

Emma nie podnosiła wzroku. Niczego nie słyszała. Gryzmo­liła z pochyloną nad biurkiem głową. Dwadzieścia posegre­gowanych kolorami karteczek z notatkami, niemal na każdej znak zapytania – cholera, długopis się wypisał, trudno, na­stępny. Zawsze zaczynała w ten sposób. Niektórzy od razu wklepywali wszystkie dane w komputer, a potem i tak musieli posiłkować się karteczkami. Emma nie.

Czuła się, jakby wędrowała po gigantycznej krzyżówce, tak długo, aż w końcu potykała się o właściwe hasła. Począt­kowy etap pracy zawsze wyglądał w ten sposób. To była jej najbardziej wydajna faza. Nie chodziło o to, by od razu roz­wiązać zagadkę. Chodziło najpierw o to, żeby ustalić, z czym w ogóle mieli do czynienia. Raz była to krzyżówka, innym razem puzzle, jeszcze innym gra w podchody albo łamigłów­ka obrazkowa, a niekiedy po prostu coś dziwnego.

Widziała miejsce znalezienia ciał: plac Lipski w samym sercu miasta, zaklinowany między placem Poczdamskim a wystawną galerią handlową Mall of Berlin, niby w tłumie, na oczach wszystkich, a jednak ukryte przed spojrzeniami. Typowy morderca nie chce, aby znaleziono ciało – ofiara może doprowadzić do niego policję. Zagadnieniem tym zaj­muje się cała osobna gałąź nauki: wiktymologia. Każda ofiara dostarcza policji śladów. Co to za morderca, który w ogóle się tym nie przejmuje?

Widziała liczbę: trzy. Trzy ciała, wszystkie trzy uloko­wane w jednym miejscu, wręcz zainscenizowane, by robić odpowiednie wrażenie. Czy taki był plan od początku, trzy morderstwa? A może zaczęło się od jednego i coś wymknęło się spod kontroli? Może morderca jeszcze nie skończył? Jego plan zakładał coś więcej?

Nie znała jego planu, ale wiedziała, że istniał. Nikt nie podejmuje takiego nakładu czasu, energii, a także ryzyka, nie mając planu.

Nie dostrzegała także motywu. Ktoś, kto zabija po kolei troje ludzi, rzadko działa motywowany wściekłością, chci­wością, zemstą, zawiścią, zazdrością lub strachem. Motywy seryjnego zabójcy są ukryte. Czasami nieznane nawet jemu samemu. Podąża za bodźcem zabijania, dokądkolwiek go on prowadzi, a to sprawia, że ofiary są bardziej przypadko­we. Czasami motywy nakładają się na siebie. Ktoś morduje nożem, ponieważ jako dziecko widział, jak ojciec patroszy nożem sarnę. Ktoś okalecza kobiety, bo nienawidzi matki. Ktoś zabija ofiary powoli, bo ich cierpienie podnieca go seksualnie. Ktoś z wielkim nakładem czasu i energii in­scenizuje ciała w na wpół publicznym miejscu jak futury­styczne kokony z filmu o kosmitach, bo… bo… no właśnie, dlaczego?

Nie widziała tego.

Jeszcze nie. Leżały przed nią akta: raport techników od zabezpieczania śladów, analizy laboratoryjne, raport z ob­dukcji, tymczasowe rezultaty śledztwa dotyczące wszystkich trzech ofiar. Wzięła je do ręki.

Zanim je otworzyła, podniosła wzrok.

W biurze było pełno ludzi. Zrobiło się jasno. Nic z tego do niej nie dotarło, nawet hałas.

Karen Brennemann, szefowa wydziału, stała w gabine­cie zagłębiona w raporcie i wyraźnie z czegoś niezadowo­lona. Sigmar siedział w milczeniu przed monitorem, jak zawsze w okularach bez oprawki i czarnym golfie. Matze i jakiś stażysta z sąsiedniego biura pili razem kawę i roz­mawiali o jakimś formularzu LJ108bm, który istotnie był oporny. Matze, ich beniaminek. Dogadywał się z każ­dym, naprawdę. W przeciwieństwie do wielkiego milczka Sigmara. Ten im mniej mówił, tym głośniej walił palcami w klawiaturę.

Emma czuła, jak szukany przez nią sens, przed sekundą bliski na wyciągnięcie ręki, wymyka się w hałaśliwą rzeczywi­stość. Chciała go uchwycić, ale wyślizgiwał się, jak sen, który zbyt usilnie chciało się zachować w pamięci. Bez szans, mu­siała pozwolić mu odejść. Po przerwie na lunch będzie miała kolejną sposobność. Kiedy wszyscy znużeni kotletami zasiądą przy komputerach, znowu zapanuje spokój.

Wtedy zobaczyła coś, co nie pasowało.

Czego tu chciał ten facet?

Siedział przy pustym biurku po prawej stronie i ze stoickim spokojem wyjmował z kartonowego pudła pisaki, doku­menty, książki, kubek do kawy i wielkie opakowanie gumy do żucia, deponując wszystko w i na biurku: pisaki do prawej szuflady – nie, jednak do lewej. Do prawej gumę do żucia i komórkę. Kubek z napisem „szeryf” na środek blatu. Potem było już trudniej: Emma przyglądała się, jak tamten próbu­je ułożyć bieżące akta według priorytetów. Uśmiechnęła się. Czy ktokolwiek lubił nowe biurko? Nowe zawsze było zbu­dowane inaczej niż stare.

Tylko czemu on to w ogóle robił?

– Co pan tu robi?

Polska premiera
16 marca 2017

* MKS (Monatsschrift für Kriminologie und Strafrechtsreform) – magazyn fachowy z dziedziny kryminalistyki (przyp. tłum.).

** OFA (Operative Fallanalyse) – profilowanie kryminalne (przyp. tłum.).

 

wróć na górę